sobota, 4 października 2008

Raport o WSI - sławny i nieznany

Bardzo sławny raport i równocześnie prawie nieznany, gdyż nikomu nie chce się czytać 374 stron dokumentu. A szkoda, wielka szkoda. Podejrzewam, że po zapoznaniu się z nim przez dziennikarzy i posłów nieco by się zmienił ton dyskusji. Twierdzenie, że nic w nim nie ma zakrawa na kpinę i wynika prawdopodobnie właśnie z jego nieznajomości.



Moi drodzy, nie przesadzajcie z niewiedzą. To tylko 374 strony, naprawdę tylko. Wypada poznać Raport o Wojskowych Służbach Informacyjnych. Dziękuję.

Mateusz Wyrwich - Norwegia czyli poparcie z lewej i prawej strony

Norwegowie pomagali nam w przełomowych dziejach. W czasie Powstania Listopadowego, jak również Styczniowego. Przygarniali do siebie i otaczali wielkim szacunkiem popowstaniowych 120px-Coat_of_Arms_of_Norway.svg uchodźców. Podobnie zachowywali się podczas wojny wypowiedzianej Polakom przez komunistyczny reżim trzynastego grudnia 1981 roku.


Wiele mówi się i pisze o pomocy Polsce w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku ze strony przywódców i obywateli USA, Francji, Szwecji,Norwegia_flaga Niemiec, czy Włoch. Prawie nic, albo nic o pomocy z Norwegii. Tego niewielkiego, bo ledwie czteromilionowego, choć zamożnego, narodu żyjącego na rozległym terytorium położonym nad Morzem Norweskim. Z ludźmi o pięknym i szlachetnym sercu, którzy potrafili w ciągu tygodnia zebrać dwa miliony koron dla Polski. A było ich stać nie tylko na jednorazowy wysiłek, ale też na stałą i systematyczną pomoc, aż po czas uzyskania przez Polskę niepodległości. Otaczali opieką zresztą nie tylko ludzi walczących o niepodległość RP. Nieśli pomoc przede wszystkim osobom niezamożnym. W czasie pierwszej legalnej Solidarności przysyłali do Polski nawet krowy, które za pośrednictwem NSZZ Solidarność Rolników Indywidualnych trafiały do rolników za darmo. Po wprowadzeniu stanu wojennego komunistyczny rząd, mimo protestów Norwegów - sprzedawał je chłopom.

Solidaritet Norge - Polen

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku obywatele norwescy niewiele wiedzieli o Polsce. Podobnie jak my o Norwegii. Peerelowskim korespondentom nie było na rękę przekazywanie pozytywnych informacji o naszym północnym zamożnym sąsiedzie, którym – o, zgrozo – rządzili co pewien czas socjaliści. Rezydujący w Polsce norwescy korespondenci lewicowych mediów też nie przekazywali swoim czytelnikom prawdziwego obrazu Polski komunistycznej. Traktowali nasz kraj jako miejsce długiego urlopu. Jedynie elitarne pisma prawicowe, jak „Morgenbladet”, czy „Kontynent Skandynawia” obraz Polski przedstawiały niezwykle rzetelnie.

Ta sytuacja zaczęła się stopniowo zmieniać dopiero od 1980 roku, kiedy to do opinii publicznej w Norwegii docierały materiały niezależnych norweskich publicystów informujące o strajkach w Polsce. O powstaniu Solidarności i jej programie.

Nawiązanie bliskich kontaktów z niezależnymi związkami zawodowymi stało się podstawą przyjaźni na długie lata osiemdziesiąte. I powołania przez Norwegów, w kwietniu 1981 roku, 6222e3c815 niezwykłej organizacji jaką była Solidaritet Norge-Polen. [Solidarność Norwegia-Polska]. Powstała ona mimo oporów lewicowej norweskiej centrali związkowej i protestów ambasady PRL w Oslo. W ruch pomocy w walce o niepodległość zaangażowało się tysiące Norwegów organizując manifestacje, zbiórki pieniędzy. Dostarczając tony darów i sprzętu poligraficznego, co w stanie wojennym często narażało wielu z nich na aresztowania i utratę samochodów.

Godzina pracy dla Polski

Po powrocie z sierpniowych strajków 1980 roku w Polsce grupa związkowców, intelektualistów, Norwegów i Polaków, podjęła pierwszą akcję pomocy powstającej Solidarności pod hasłem „Daj godzinę pracy dla Polski”. W ten sposób zebrano dwieście tysięcy koron. Dzięki tym funduszom, o czym dziś mało kto wie, mnóstwo komisji zakładowych NSZZ Solidarność otrzymało sprzęt poligraficzny. Słano również do Polski lekarstwa, artykuły chemiczne.

Zaraz po wprowadzeniu przez komunistów stanu wojennego, 13 grudnia, pod peerelowską ambasadą w Oslo zgromadziły się tłumy. W kilka dni później na ulicach wielu norweskich miast miały miejsce demonstracje potępiające komunistyczny reżim w Polsce. Pod ich wpływem również lewicowy rząd norweski potępił wprowadzenie stanu wojennego. „Reakcje rządu norweskiego na sytuację w Polsce zaostrzały się jednak i to czasami w sposób niespodziewany: na początku stycznia okazało się mianowicie, że Norwegia była jedynym krajem NATO, który wystąpił z oficjalnym memorandum wobec wszystkich KS [krajów socjalistycznych] z protestem i krytyką wydarzeń w Polsce i wpływu ZSRR na te wydarzenia”.*

Wsparcie dążeń niepodległościowych Polski przez Norwegów zwielokrotniło się w kolejnych dniach stanu wojennego. O pomoc zaapelował wówczas nawet sam król Olaf V. Do Polski napływały pieniądze przekazane z Norwegii: „Caritas od początku stycznia [1982] zebrał milion. Kirkens Nodhjelp, organizacja dostarczająca dary dla protestanckich kościołów2910845012_2979ef7621_o w Polsce piętnaście milionów[…]Norsk Folkehjelp trzy i siedem milionów, a rząd norweski dał im dodatkowo cztery miliony[…]”. O ciekawej inicjatywie opowiedziała Barbara Tubylewicz-Olsnes**), „Jenny Andersen pracując przez całą zimę, zrobiła na drutach worek ciepłych skarpet dla dzieci i zwróciła się 2910851928_e50796b659_o do Caritas Norge z prośbą o pomoc w dostarczeniu ich dla rodzin wielodzietnych w Polsce”. „Norwegowie chętnie zgadzali się uczestniczyć w naszych akcjach, nie tylko charytatywnych, ale kulturalnych i politycznych, dawać nazwiska, pieniądze. Ławo było dotrzeć do znanych osób, każdy kogo się prosiło o pomoc, reagował życzliwie”.

Po latach wszyscy bohaterowie wydarzeń z lat osiemdziesiątych zgodnie zapewniają, że warto było się trudzić. Jon Simen Overli wyjaśnił to krótko : „Solidarność przyszła nagle[…]z wizją społeczeństwa, która nam się spodobała. I myśmy uznali, że to pasuje do naszych ideałów. Zawsze było tak w Norwegii, że poparcia udzielała albo prawa, albo lewa strona, a Solidarność to przełamała , bo dostała poparcie i lewej i prawej […]”.„Przewodnik Katolicki, 2005]

______________________

*cytaty pochodzą z książki: Jan Strękowski, Bohaterowie Europy, Norwegia - Polsce 1976 - 1989,Bohaterowie_europy   Wydawnictwo Test, Lublin 2005, ss. 340,

**Barbara Tubylewicz Olsnes
Barbara Tubylewicz Olsnes, b. Poland, graduated and Ph.D. in psychology at
Warszawa University. Visiting scientist, 8 months, at A.R. Luria`s laboratory of
Neuropsychology at Neurosurgery Hospital in Moscow. Worked at The Polish
Academy of Sciences, Neurosurgery Department, in Warsaw and since 1974 at
Ullevaal University Hospital in Oslo, Norway.Teaches neuropsychology at Oslo
University.

Ze strony Instytutu Pamięci Narodowej:

Prawdziwym fenomenem stanu wojennego był ruch na rzecz pomocy Polakom, jaki spontanicznie rodził się w wielu krajach. Wyjątkowe rozmiary przybrał w czteromilionowej Norwegii. Organizacja Solidaritet Norge-Polen (Solidarność Norwesko-Polska), która powstała zaraz po strajkach sierpniowych w 1980 r., zrzeszała około 100 tysięcy osób. Praca w niej była misją, pasją, ale też przygodą dla wielu ludzi. Taką przygodę - głośną i w Polsce, i w 29 Norwegii - przeżyło małżeństwo Björg Svanström i Trygve Heide. Mam przed sobą "Notatkę do rozmowy w cztery oczy z ministrem Thorvaldem Stoltenbergiem", powstałą w Departamencie IV MSZ w Warszawie tuż przed wizytą ministra w Polsce w dniach 25 - 27 kwietnia 1988 r. Napisano w niej, że "S. (Stoltenberg) może poruszyć dwie sprawy interwencyjne". Jedna z nich miała dotyczyć należącego do obywatela Norwegii o nazwisku Trygve Heide "minibusu volkswagen (...) skonfiskowanego decyzją Kolegium ds. Wykroczeń przy Wojewodzie Gdańskim (za przemyt literatury bez debitu)". „Minibus solidarności” Rzeczpospolita 19.12.2005 r.

wtorek, 30 września 2008

Dwie "amerykańskie" rozmowy z Grzegorzem Jarzyną - Andrzej Józef Dąbrowski



„W TEATRZE NAJWAŻNIEJSZA JEST ILUZJA”


Jarzyna Z reżyserem Grzegorzem Jarzyną rozmawia Andrzej Józef Dąbrowski


- Zacznijmy od konkretów; na jakim etapie są przygotowania do przefrunięcia do Nowego Jorku „Makbeta” w Pana
Lublin (3) inscenizacji?

- Na razie „Makbet” płynie. W tym momencie ocean przemierzają trzy kontenery z dekoracjami, ważącymi aż 7 ton. W Warszawie instalacja do „Makbeta” stanęła na Woli w hali należącej do dawnych Zakładów im. Ludwika Waryńskiego. Rozebraliśmy jej elementy, zapakowaliśmy wszystkie śrubki i płyną one teraz do Nowego Jorku.

- Przeniesienie tego„Makbeta” to nie lada wyzwanie, jest on bowiem bardzo rozbudowanym widowiskiem.

- „Makbet” jest rzeczywiście dużą inscenizacją przestrzenną. Pracowaliśmy nad nią trzy lata. Została ona zamówiona przez Susan Feldman - dyrektorkę teatru St. Ann’s Warehouse. Od tego czasu zbieraliśmy na nią fundusze.

- Kto ponosi koszty pokazania jej na Brooklynie?

- Przede wszystkim Ministerstwo Kultury i miasto Warszawa, pomaga nam też Polski Instytut Kultury, działający w Nowym Jorku z ramienia Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

- Domyślam się zatem, że przyleciał Pan już teraz, żeby wszystkiego dopilnować osobiście.

- Przyleciałem, by omówić szczegóły związane z castingiem i produkcją oraz żeby spotkać się ze słuchaczami Wydziału Studiów Doktoranckich przy City University of New York. Spotkanie to zorganizował wspomniany Instytut Kultury Polskiej i Martin E. Segal Theatre Center .

- Co skłoniło Pana do sięgnięcia właśnie po „Makbeta”?

- Miałem go w głowie już w 2000 roku, potem często po niego sięgałem. Nawet przystąpiłem do adaptacji. Nie mogłem jednak rozwiązać kilku podstawowych rzeczy, np. tego kim właściwie jest Makbet a kim Duncan. Zastanawiałem się, jak ten dramat ma się do dzisiejszych czasów. I dopiero interwencja w Iraku podsunęła mi rozwiązanie. Zauważyłem wówczas kilka podobnych zjawisk, jakie zachodzą między tą interwencją a dramatem Szekpsira. Np. zastraszanie opinii publicznej poprzez terror, polegający m.in. na ścinaniu głów, najazd na inne terytorium, rebelia wewnątrz państwa. Również historie, jakie wcześniej rozegrały się na Bałkanach i w Czeczenii kojarzyły mi się z „Makbetem” i w końcu doszedłem do wniosku, że jest to dramat rezonujący z naszym czasem.

- A czym podyktowany jest wybór tak nietypowej przestrzeni do jego wystawienia?

- Samą strukturą tego dramatu. Zawiera on bardzo szybką akcję, trup śle się często, potrzebne są więc szybkie zmiany miejsca. Ponadto zauważyłem, że „Makbet” jest również Szekspir świetnym materiałem na scenariusz filmowy i nie musi dziać się wcale na scenie pudełkowej. Chciałem, żeby najbardziej krwawe momenty akcji nie odbywały się za sceną, jak u Szekspira, tylko zastały pokazane widzom. Przestrzeń, którą wybrałem, ma cztery sceny na dwóch poziomach i na nich mogłem wszystko pokazać jednocześnie. Umożliwiały one szybki montaż. Umożliwiały także wprowadzenie rozwiązań filmowych. Chciałem bowiem zetknąć w „Makbecie” teatr z filmem.

- Zatem Pana „Makbet” to nie tylko teatr, ale i trochę film.

- Filmowe jest światło, kostiumy i gra aktorów, którzy grają do kamery i posługują się mikroportami.

- Słowo „przesłanie” jest teraz w niełasce u artystów, ja jednak o nie zapytam.

- Jest takie, jak u Szekspira - przestroga przed zbrodnią popełnianą w celu zdobycia władzy, a potem jej utrzymania. Im większa jest wiedza o mechanizmie władzy zdobytej dzięki zbrodni, tym łatwiej jest taki mechanizm wyeliminować.

- Dwa lata temu przywiózł Pan do Nowego Jorku sztukę George’a F. Walkera „Zaryzykuj wszystko”, wystawioną w konwencji „realu” – jak ją Pan nazywa. Publiczność reagowała bardzo żywo, choć część widzów była zaszokowana niesłychanie drastycznymi rozwiązaniami, jakie Pan zastosował. Czy konwencja „realu” przemawia bardziej do publiczności, niż teatr umowny?

- Nie wiem, czy bardziej przemawia, jest to jednak konwencja, która mnie fascynuje. Dla mnie najważniejsza jest w teatrze nie umowa, tylko iluzja. Umowa jest wpisana w sam fenomen teatru, umawiamy się, że aktorzy jakby nas okłamują, chcąc pokazać prawdę. Jednak zauważyłem, że im bardziej realistycznie akcja jest przedstawiona, tym większa jest iluzja. Dla mnie podstawowym warunkiem twórczości teatralnej jest utożsamienie się widza z tym, co się dzieje na scenie. Zarówno z bohaterami, jak i sytuacjami, w jakich się oni znajdują. Jeśli widz się utożsamia, wówczas między sceną a widownią zaczyna dziać się coś bezpośredniego. Mocniej też wówczas działa przesłanie sztuki.

- Ale dlaczego wystawił Pan właśnie sztukę o ludziach tak prymitywnych, że aż niewiarygodnych?

- Było to przedstawienie typu „trash”, czyli śmietnik. Śmietnik ten zapełniają ludzie – śmiecie. Chciałem zobaczyć, jak silny jest komizm tej tematyki. „Zaryzykuj wszystko” wystawiliśmy, podobnie jak „Makbeta”, w ramach projektu TR Warszawa, zakładającego granie poza macierzystą siedzibą teatru. Chcieliśmy bowiem konfrontować nasze spektakle z publicznością nie nawykłą do chodzenia do teatru. Zmiana miejsca i zmiana publiczności oznacza jednocześnie zmianę stylu gry i przesłania.

- Reżyseruje już Pan od ponad dziesięciu lat. Czy można wyodrębnić poszczególne etapy w Pana pracy?

- Na początku zajmowałem się klasyką polską. Pierwszą premierą był „Bzik tropikalny” Witkacego, drugą „Iwona księżniczka BurgundaGombrowicza, a potem „Magnetyzm serca” według „Ślubów panieńskichFredry. Następnie zabrałem się za klasykę światową. Wystawiłem we własnej adaptacji „Doktora Faustusa” według Tomasza Manna i” „Księcia Myszkina” według „IdiotyDostojewskiego. Trzeci etap to współczesna literatura. PierwsząGombrowicz_w5 premierą w tym cyklu był „Festen”, wystawiony na podstawie scenariusza filmowego, który bardzo sprawdził się na scenie. W ogóle scenariusze filmowe lepiej wypadają w teatrze niż wiele współczesnych sztuk napisanych dla teatru.

- Parę lat temu powiedział Pan, że teatr to misja, czy dalej Pan tak uważa ?

- Tak, to jest misja. Wszystko zależy od tego, co komunikujemy widowni i w jakim stopniu jesteśmy odpowiedzialni za to, co mówimy. Misja polega również na utworzeniu i utrzymaniu zespołu. Jako zespół przez te dziesięć lat trochę się postarzeliśmy i trochę pozmienialiśmy, w wyniku różnych doświadczeń. Kiedy jednak mamy poczucie misji, łatwiej nam się porozumieć. Ponadto nasze życie staje się wtedy pełniejsze i łatwiej posuwamy się ku śmierci.

- Jednak odnosząc się do pamiętnych „Dziadów” Dejmka, powiedział Pan tak - „w mojej prywatnej podróży, w potrzebach i marzeniach nie interesuje mnie zmienianie świata, ja chciałbym dzięki teatrowi zrozumieć rzeczywistość”. Czy to też misja?

- Nie wierzę w to, że moje spektakle, czy nasze wspólne działania jako grupy teatralnej, mogą zmienić rzeczywistość. Nie wierzę to, że wystawiając „Makbeta” zmienimy coś w polityce, czy mechanizmie władzy. Wierzę jednak, że teatr może pobudzić ludzi do refleksji. Poprzez teatr też można czasem lepiej rozpoznać rzeczywistość, niż poprzez własne doświadczenia i bezpośrednie uwikłanie w sytuacje, jakie nam los stwarza. Podsumowując, z nieufnością podchodzę do romantycznej wizji teatru, który mógłby zmienić świat.

- Na reżyserię, trafił Pan jako absolwent filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim a przez rok studiował Pan teologię w Papieskiej Akademii Nauk. Czy teatr jest kontynuacją Pańskich dociekań filozoficzno-teologicznych?

- Studia filozoficzne wybrałem nie dlatego, iż chciałem zostać filozofem, ale dlatego, że chciałem rozpoznać świat. Chciałem zdobyć narzędzia do jego opisu. Teatr jest też takim narzędziem. Bardzo praktycznym. Jest może węższym terenem niż filozofia jako nauka spekulatywna, która jest królową nauk, ale daje też możliwości rozpoznawcze poprzez psychologię i estetykę.

- Studiował Pan pod okiem Krystiana Lupy. Czego on Pana nauczył?

- Istoty teatru. Najważniejsza była dla niego praca z aktorem, którego pojmował jako Lupa medium. Uczył, żeby koncentrować się przede wszystkim na aktorze, a dopiero później na przestrzeni, scenografii, świetle i muzyce.

- A jakie doświadczenie wyniósł Pan z pracy w teatrach zagranicznych, zwłaszcza z Berlina, gdzie zmierzył się Pan z dramatem Brechta „W dżungli miast” i z Wiednia, gdzie za inscenizację „Medei” otrzymał Pan prestiżową Nagrodę im. Nestroja

- Na początku nie sprawdzał się tam mój sposób pracy, polegający na szukaniu rozwiązań podczas prób i nie sprawdzała się moja słowiańska dusza. W Polsce spektakl przygotowuje się około trzech miesięcy, tam od 6 do 8 tygodni. W Polsce dopuszczalne są dyskusje na scenie, można sprawdzić różne warianty, tam reżyser jest przywódcą, który w momencie przystąpienia do prób musi mieć wszystko przemyślane i zapięte na ostatni guzik. Próby są po to, by realizować krok po kroku jego zamierzenia.

- Sięga Pan również po opery...

- Tak, bo bardzo interesuje mnie zbliżanie do siebie różnych gatunków. Chcę wiedzieć, czy opera się zmieści w formule teatru dramatycznego i odwrotnie, dlatego próbuję mieszać te gatunki. Reżyserując „Cosi fan tutte” próbowałem ze śpiewakami pracować metodami z teatru dramatycznego, do „Don Giovanniego” wprowadziłem z kolei aktorów, którzy udawali, że śpiewają, a śpiew szedł z taśmy.

- Nie czuł Pan skrupułów demontując konstrukcję zbudowaną przez Mozarta?

- Zawsze montuję własną konstrukcję. Za „Cosi fan tutte” dostało mi się od krytyków i części widzów. Niektórzy uważają, że jestem zbyt bezczelny demontując tegoż Mozarta i obrażają się na mnie, nie biorąc pod uwagę, że przecież wielki Mozart i tak istnieje beze mnie, natomiast na scenie mamy tylko moją wizję jego opery.

- A nie uprawia Pan przypadkiem prowokacji dla samej prowokacji?

- Nie, to nie są prowokacje. Można jedynie mówić o dekompozycji. Jednak dzięki niej historia bohaterów jest lepiej opowiedziana.

- Jest Pan postrzegany jako przeciwnik teatru tradycyjnego, opartego na słowie, o jaki wołał wielkim głosem Gustaw Holoubek.

- Rzeczywiście nie jestem zwolennikiem teatru opartego na słowie. Dla mnie teatr jest czymś więcej niż służką wobec słowa. Uważam, że jest ono jednym z elementów, tak samo ważnym jak wszystkie inne komponenty spektaklu. Mnie interesuje teatr, jaki jest przesiąknięty samym sobą, czyli teatrem właśnie, a nie teatr w służbie czegokolwiek.

- Czy rzeczywiście Bóg nie chodzi do teatru, jak zauważył Pan przed niespełna rokiem w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” ?

- (Śmiech) - Myślę, że nie chodzi. Ma przecież poważniejsze sprawy na głowie

.


...............................................

„Makbet” w inscenizacji Grzegorza Jarzyny grany był na Brooklynie w teatrze St. Ann’s Warehouse w dniach od 17-23 i od 25 do 29 czerwca.



                                                        2.


"TEATR JAKO PRZESTRZEŃ"



- Po ostatniej Pana premierze, którą był „Lew w zimie” Jamesa Goldmana, wystawiony w Wiedniu, pisano że Jarzyna już się nie buntuje i nie pokazał nam niczego, czego byśmy dotychczas o jego teatrze nie wiedzieli. Czy rzeczywiście przestał się już Pan buntować?


- Nie zawsze materiał daje możliwość rebelii. Sztuka „Lew w zimie” jest – tak doskonale napisana, że niczego w niej nie trzeba było demontować, ani przestawiać. Ponadto interesował mnie w niej problem mechanizmu władzy, podobnie jak w „Makbecie”, którego wystawiłem wcześniej, więc mogłem się przez ten dramat wypowiedzieć, tak jak wypowiadam się tekstem Szekspira.


- Czy zatem mogę uspokoić widzów obietnicą, że jeszcze będą świadkami niejednego Pana buntu?


- To media postrzegają mnie jako buntownika, zaś ja sam, kiedy robię jakiś spektakl, to myślę przede wszystkim o takiej formie, w jakiej sam chciałbym go zobaczyć. Buntuję się natomiast, kiedy widzę, że ktoś wystawił jakiegoś autora nie tak, jak ja go odbieram. Buntuję się zatem jako widz.


- Chodzi Pan do tradycyjnego teatru?


- Nachodziłem się kiedyś. Dziś już nie chodzę, bo wiem, że nie jest to moja przestrzeń. W tradycyjnym teatrze nudzę się i przysypiam. Czasem jednak idę, by obejrzeć coś nowego. Ostatnio widziałem na spektakl Krystiana Lupy „Fabryka” Jest to rzecz o Andy’m Warholu. Trwa on aż 8 godzin.


- I wytrzymał Pan? Ja już ledwo wysiaduję na tych jego wielogodzinnych przedstawieniach. Ich długość nie zawsze jest uzasadniona.


- Nie tylko wytrzymałem, ale wyszedłem bardzo zainspirowany tym spektaklem. Pomógł mi on wybrać następną sztukę do realizacji a to bardzo wiele.


- Nie mogę nie zapytać, co to będzie?


- Na razie wolę utrzymać to w tajemnicy.


- Od 10 lat prowadzi Pan w Warszawie teatr, który nazywał się przez wiele lat Teatrem Rozmaitości, a teraz znany jest pod dziwną nieco nazwą TR Warszawa. Co oznacza ta nazwa i co się za nią kryje?


- Teatr Rozmaitości to znaczy właściwie teatr variete, którym ta scena tak naprawdę nigdy nie była. W jej siedzibie, przy ulicy Marszałkowskiej 8, mieścił się przed wojną Teatr Marii Malickiej, w czasie wojny schron dla mieszkańców a po wojnie Operetka. Później zainstalował się tu Teatr Rozmaitości, grający bardzo szeroki i różny repertuar, od lekkiego do poważnego. Kiedy zostałem jego dyrektorem postanowiłem zawęzić formułę tej sceny, stąd też zmiana nazwy. Zostały z niej tylko dwa inicjały - TR, natomiast pojawiło się słowo Warszawa. Pojawiło się nieprzypadkowo, albowiem postanowiliśmy wyjść poza siedzibę i grać także w innych nietypowych miejscach na mieście. Chodziło nam nie tylko o nowe przestrzenie dla kolejnych spektakli, ale i nowego widza. Niekoniecznie nawykłego do chodzenia do teatru. To wyjście z dawnego budynku i wejście w Warszawę narodziło się z mojej inicjatywy, ponieważ chciałem lepiej rozpoznać miasto, którego dotychczas nie lubiłem.


- Nie lubił Pan? Dlaczego? Tyle w nim chłonnej publiczności, tyle wydarzeń, tyle możliwości...


- Studiowałem w Krakowie, mieszkałem tam 10 lat i jako krakus nie mogłem lubić Warszawy. Podobnie zresztą jak mój zespół aktorski, który składał się z absolwentów krakowskiej szkoły teatralnej. Razem byliśmy zbuntowani przeciwko temu, co i jak się gra w Warszawie i przeciwko temu, na co się w tym mieście chodzi. Zatem przyjechaliśmy do stolicy, jako teatralna opozycja.


- I co? Warszawa się na was nie poznała?


- Na początku wydawało się, że jesteśmy traktowani jako getto teatralne i mamy tam tylko wrogów. Postanowiliśmy się przeciwko nim obwarować i konsekwentnie robić swoje, czyli kształtować nasz model teatru. Wkrótce się okazało, że mamy swoją publiczność ze spektaklu na spektakl coraz liczniejszą i coraz bardziej zróżnicowaną. Po kilku sezonach zorientowałem się, że Warszawa jako miasto ma ogromny wpływ na mnie, nie tylko jako na dyrektora, ale i na reżysera.


- Bardzo to interesujące; niewielu twórców się do tego przyznaje.


- Silnie działa na mnie dynamika tego miasta, stale dzieje się w nim coś absorbującego. Z jednej strony oglądam wyścig szczurów, czyli nieprawdopodobny pęd do kariery, z drugiej jednak, jestem blisko głównych tematów i spraw rzutujących na dzisiejszą Polskę. Ta dynamika ma także duży wpływ na moją wyobraźnię. Wpływają na nią również poszczególne miejsca, począwszy od naszej siedziby, która mieści się pod budynkiem mieszkalnym i – jak powiedziałem - była w czasie wojny schronem. To jakoś szczególnie do mnie przemawia. Przestrzeń bowiem ma kluczowe znaczenie dla mojej reżyserii. Nigdy bym nie przyjechał do Nowego Jorku z „Makbetem”, gdybym wystawił go np. w warszawskim Teatrze Dramatycznym wybudowanym w stylu socrealistycznym wedle reguł teatru tradycyjnego. W tym naszym „schronie” czuję się mocno otoczony przez Warszawę. To miasto fascynuje mnie do dziś. Robi na mnie wrażenie urbanistyczny rozmach stolicy i przekształcanie się jej społeczeństwa. Nie oceniam na razie kierunku, w jakim ono idzie. Podnosi się kultura mieszkańców, poziom ich wykształcenia i zwiększa się tolerancja. Jest to miasto, które znajduje się w czołówce przemian społecznych we Wschodniej Europie.


- Czy ta fascynacja oznacza wyprowadzkę z Krakowa i zamieszkanie w Warszawie?


- Tak. Stałem się już warszawiakiem.


- Nie każdy reżyser jest na tyle odważny, by objąć dyrekcję w mieście tak jednak kapryśnym i nieprzewidywalnym, w którym jest tyle innych teatrów i tylu innych twórców. Co Pana skłoniło do dyrekcji?


- Było to po trzech moich pierwszych przedstawieniach. Po „Niezidentyfikowanych szczątkach ludzkich” we wspomnianym Teatrze Dramatycznym, po „Bziku tropikalnym” w Rozmaitościach i po „Iwonie księżniczce Burgunda” w Starym Teatrze w Krakowie, gdzie zaproponowano mi etat. Każdy z tych teatrów miał swoje plusy i minusy, niemniej w żadnym z nich nie mogłem do końca zrealizować swoich wizji. Nie chodzi tylko o scenografię i rutynową współpracę z ludźmi, ale również o wspólne wypełnienie pewnej misji. Aby do tego doszło, musiałem mieć dobry zespół. Bo to nie reżyser jest najważniejszy w teatrze, tylkoKrzysztof_Warlikowsk_34592e zespół. Zespół, który ja akceptuję i który mnie akceptuje. Do Teatru Rozmaitości mogłem przyjść z grupą osób myślących podobnie jak ja. Dlatego zdecydowałem się objąć jego dyrekcję. Do współpracy zaprosiłem też Krzysztofa Warlikowskiego, reżysera, którego estetyka była mi bliska i który podzielał moje myślenie o teatrze.


- Po kilku sezonach udanej współpracy jednak się rozstaliście. Dlaczego?


- Okazało się bowiem, że w stosunkowo niedużym teatrze nie może być dwóch równie silnych osobowości. Po jakimś czasie pojawiły się różnice zdań między nami i kłopoty organizacyjne wynikające m.in. z prób dzielenia zespołu na aktorów jego i moich. W końcu doszło do tego, że powstał teatr w teatrze złożony z aktorów wiernych Warlikowskiemu. Na dłuższą metę nie było to do utrzymania i po prawie trzech latach postanowili oni założyć własną scenę w starej zajezdni tramwajowej na Mokotowie, na co przystały władze miasta. Nie ukrywam, że czas naszego rozstawania się był dla mnie i dla całego teatru bardzo bolesny. Tym bardziej więc doceniam tę grupę aktorów, która została przy mnie.


- Nie było szans na porozumienie się z Warlikowskim?


- Obaj z Krzysztofem znaleźliśmy się w trudnej sytuacji. On chciał coraz bardziej wpływać na kształt teatru i końcu chciał o nim współdecydować. Było to niemożliwe, ponieważ to ja jestem jego dyrektorem artystycznym i ja ponoszę zań odpowiedzialność. Jednoosobową.


- Szkoda, bo sprawialiście wrażenie wielce zgodnego tandemu. Rzeczywiście byliście sobie bliscy nie tylko estetycznie, ale i tematycznie.


- Tak, nasz tandem był fenomenem przez wielu podziwianym. Także za granicą. W jakimś stopniu poróżniły nas też media, próbując zrobić z nas rywali oraz ci, którzy decydują o zaproszeniu tego a nie innego przedstawienia za granicę. Nazywam ich selekcjonerami. Krzysiek chciał jak najwięcej jeździć z teatrem po świecie, ja natomiast nie chcę, żebyśmy byli teatrem podróżującym, czy festiwalowym. Oczywiście, jest to potrzebne, ale nie w takiej ilości. Chciałbym, żebyśmy byli teatrem repertuarowym, obsługującym przede wszystkim Warszawę. Poza tym, jeśli zespół jest stale w podróży, to nie można w tym czasie przygotowywać innej sztuki, co odbija się na planach repertuarowych. Żeby jakoś temu podołać musiałem w końcu szukać nowych ludzi, z którymi mógłbym próbować na miejscu. Bałem się, że w końcu teatr się rozsypie.


- Warlikowski powiedział mi w wywiadzie, że istotą waszego wspólnego teatru jest przekraczanie tabu. Zgadza się Pan z tym?


- Oczywiście. Zawsze się w tym utwierdzaliśmy, również widzowie tak o nas mówili.


- Razem stworzyliście teatr, który stał znany w świecie i ma w nim swoich wyznawców. W pamięci wielu widzów zostały Pana przedstawienia takie, jak wspomniany „Bzik tropikalny”, „Magnetyzm serca” według „Ślubów panieńskich”, „Myszkin” według „Idioty” 250px-Dostoevsky_1872 Dostojewskiego, „Festen” zrealizowany według scenariusza filmowego. Warlikowskiego widzowie kojarzą przede wszystkim z ”Hamletem” „Dybukiem”, „Krumem” i ostatnio z „Aniołami w Ameryce”. Krytycy są podzieleni w ocenie tych przedstawień - od zachwytów nad nową formułą, po głosy stwierdzające, że to co uprawiacie tak naprawdę prawdziwym teatrem nie jest. Niemniej mówi się o Was nieustannie i nie brak Wam widzów. Dorobiliście się wręcz specyficznej widowni. Czy można byłoby ją jakoś socjologicznie określić?


- Robiliśmy w tym celu specjalne badania. Okazało się, że z początku 80 procent naszych widzów to byli ludzie, którzy przedtem w ogóle nie chodzili do teatru, w tym wielu licealistów i studentów. Z czasem ta widownia zaczęła się zmieniać; zaczęli przychodzić intelektualiści i decydenci oraz tzw. salon warszawski. W końcu ów salon zaczął dominować. Granie poza siedzibą pomaga nam trafić do widzów, którym teatr jest z gruntu obcy. Poza tym zależało mi na tym, żeby oglądano nasze przedstawienia nie tylko dlatego, że grają w nim gwiazdy.


- Przecież Pan sam też jest gwiazdą!


- No tak, ale jakby mimo woli. Nie chciałem nią być, lecz w pewnym momencie zorientowałem się, że udzielając wywiadów i pokazując się w mediach mogę coś istotnego zrobić dla sprawy naszego teatru i jeszcze bardziej zainteresować nim ludzi. Jeśli jednak tylko mogę, unikam mediów, zwłaszcza telewizji.


- Czy sprawdza się to wyjście w teren?


- Teraz się sprawdza się, ale początkowo frekwencja spadła do 84 procent. Głównie dlatego, że widzowie nie nadążali za zmianą miejsca przedstawień. Dzisiaj jest już lepiej, bo ludzie przywykli, że gramy w różnych punktach miasta i że trzeba to śledzić w gazetach i Internecie. Bywa, że mamy nadkomplety. Nasza widownia idzie za nami. Będzie to też służyć nowemu teatrowi Krzyśka.


- Obecnie jest Pan nie tylko dyrektorem artystycznym, ale i naczelnym. Czy to nie ze szkodą dla reżyserowania. Z własnego doświadczenia wiem, jak dyrektorowanie wymęcza.


- Oj wymęcza. Czasami wydaje mi się, że już nie dam rady. Ale staram się nie narzekać, bo narzekanie osłabia i mnie samego i zespół. Z biegiem lat nauczyłem się lepiej planować i gospodarować czasem. Wciąż uczę się zarządzania. Na szczęście nie wpadłem w konflikt między sobą-artystą a sobą-dyrektorem.


- Co Panu wypełnia czas, kiedy Pan nie reżyseruje i nie dyrektoruje?Magdalena_Cielecka_Chyre_1057094


- Bardzo lubię oglądać filmy na dvd. Lubię też słuchać muzyki i podróżować. No i życie rodzinne.


- Życie rodzinne? Nic się o nim nie wie odkąd rozstał się Pan z Magdaleną Cielecką, największą gwiazdą swojego teatru.


- Odpowiem cytatem z „Makbeta”. Jest to moja ulubiona sentencja – „Za dużo mówię, za mało czynię, moc postanowień ginie w gadaninie”.


- Przyjazd do Nowego Jorku wspomnianego „Makbeta” w Pana reżyserii jest jednak dowodem, że postanowienia dochodzą do skutku.


- Można tak powiedzieć. W każdym razie spełnia się jedno z moich marzeń.


- Będziemy trzymać kciuki, żeby ten spektakl spodobał się publiczności i krytykom.


- Dziękuję bardzo.


...................................

„Makbet” w inscenizacji Grzegorza Jarzyny był grany na Brooklynie s St. Ann’s Warehouse (38 Water Street/ Tabaco Warehouse, Empire Ferry State Park, DUMBO. 17 czerwca odbyła się amerykańska premiera. Do 29 czerwca TR Warszawa, który przejechał do Nowego Jorku z inicjatywy Instytutu Kultury Polskiej, zaprezentował 12 spektakli.

sobota, 20 września 2008

Nicolaus Copernicus - wybitny uczony i pruski agent

Zelektryzowała nas ostatnio wieść o odnalezieniu protokołu z 1527 roku z przesłuchania Mikołaja Kopernika (wybitnego astronoma, matematyka, lekarza, prawnika, ekonomistę, 180px-Nicolas_Copernicus_Polish stratega, poetę, astrologa, tłumacza, kanclerza kapituły warmińskiej, a od 1511 roku kanonika warmińskiego, scholastyka wrocławskiego, duchownego katolickiego. [UWAGA: linki te podał do protokołu sam podejrzany, tak więc nie radzimy z nich korzystać, bo mogą nas zaprowadzić do nikąd]) przez wysłanników Kurii Biskupiej i Dworu Królewskiego na okoliczność jego powiązań z ksiązęcymi pruskimi słuzbami specjalnymi w okresie kilkunastu lat przed shołdowaniem Prus Ksiązęcych w 1525 roku. Dwór uzyskał pełną kontrolę nad archiwami nowego lenna i dzięki temu mozliwa stałą się lustracja, sprawdzająca działania wielu podejrzanych, a wśród nich astronoma Mistrza Mikołaja.

Przesłuchanie miało miejsce na zamku w Olsztynie, gdzie Mistrz majstrował coś przy działobitniach fortecznych. Przybycie przedstawicieli Dworu i Kurii zaskoczyło go nieco, a przede wszystkim zirytowało, gdyz nie lubił kiedy ktokolwiek przerywał mu pracę. Zgodził się jednak na wielogodzinne spotkanie z przybyłymi, za co dygnitarze ci szczerze wyrazili mu swoją wdzięczność.

Z helwecką precyzją ustalono tozsamość podejrzanego, dbając aby nie zaszła w tej sprawie jakaś nieprzyjemna pomyłka. W końcu godność i honor w zyciu uczonego to cnoty kardynalne.

Mikołaj Kopernik, urodzony w Toruniu 19 lutego 1473 roku, syn Mikołaja i Barbary z domu Watzenrode, a więc syn kupca, handlującego z Gdańskiem metalami kolorowymi. Mikołaj senior znany był juz wcześniej jako zręczny negocjator w kwestiach finansowych między stanami pruskimi a kardynałem Zbigniewem Oleśnickim (w sierpniu 1454 r.) podczas Wojny Trzynastoletniej. Syn miał troje rodzeństwa - Andrzeja, Barbarę i Katarzynę.

Jakze często Kopernik był wysyłany w latach 1516-1521 w celu zawierania porozumień ze stroną Krzyzacką i wszystkie tego rodzaju sprawy załatwiał nader szybko i pomyślnie. Jak podają źródła encyklopedyczne dnia 21 lipca 1521 roku w Grudziądzu na zjeździe Stanów Prus Królewskich "Kopernik wystąpił z napisaną przez siebie mową Querela Capituli contra mgrum Albertum et eius ordinem super iniuriis irrogatis 1521 sub induciis belli (Skarga 150px-1000_zl_a_1982 kapituły na mistrza Albrechta i jego zakon z powodu krzywd wyrządzonych w roku 1521 podczas zawieszenia broni)". Niejasna i tajemnicza to była mowa, broniąca krzywd Prusów, tylko nie wiadomo których - Królewskich czy Zakonnych. W mowie uzywał w sposób nieuzasadniony, a w kazdym razie podejrzany etymologicznie określeń "Prus" i "Prusak", czego wprzódy nie zauwazono, a dostrzezono dopiero w epoce po chwalebnym Hołdzie Pruskim.

Mikołaj Kopernik rozpoczął spotkanie śledczo-konsultacyjne z przybyszami od zręcznego oświadczenia, zawierającego atak uprzedzający pytania o apanaze związane z płatną agenturą:

"Chociaż niezliczone są klęski, wskutek których zazwyczaj podupadają królestwa, księstwa i rzeczpospolite, to jednak najgroźniejsze są – moim zdaniem – cztery: niezgoda, śmiertelność, nieurodzajność ziemi oraz spadek wartości monety. Trzy pierwsze są tak 150px-Kopernik oczywiste, że nie ma nikogo, kto by o tym nie wiedział, jednakże czwarta, która dotyczy monety, dostrzegana jest przez niewielu i to jedynie przez najgłębiej myślących, ponieważ nie powoduje natychmiastowego i gwałtownego upadku państw, ale doprowadza je do tego stanu stopniowo i jakby niewidocznie."

No, ostro pojechał, mozna by rzec kolokwialnie. Pytanie, dlaczego poszedł na tajną słuzbę zezłościło go niebywale i zarzucił indagującym całkowitą ignorancję w dziedzinie ówczesnej historii najnowszej, a zwłaszcza kompletną nieznajomośc realiów okresu przełomu Średniowiecza i Renesansu.

"Być może, że znajdą się tacy - wybuchnął, - co lubiąc bredzić i mimo zupełnej nieznajomości nauk (...) roszcząc sobie przecież prawo do wypowiadania o nich sądu, na podstawie jakiegoś miejsca w Piśmie Świętym, tłumaczonego źle i wykrętnie odpowiednio do ich zamierzeń, ośmielą się potępiać i prześladować tą moją teorię. O tych jednak zupełnie nie dbam, do tego stopnia, że sąd ich mam nawet w pogardzie jako lekkomyślny.(...)

Niezupełnie się to spodobało dostojnym przedstawicielom Dworu i Kurii. Zapytali tylko, czy nie wstydzi się swoich czynów. Odpowiedział, ze nie, w zadnym wypadku, bowiem postąpił, 180px-De_revolutionibus_orbium_coelestium jak postąpił, w końcu Mistrz Zakonu, to nie jakiś obwieś, ale osoba świątobliwa, a w kazdym razie godna zaufania osoby duchownej, którą przeciez podejrzany bezprzecznie jest.

Na koniec dostojni przybysze i gorący zwolennicy porządków zaistniałych po Hołdzie Lennym Prus Ksiązęcych zapytali podejrzanego, czy ma coś do dodania przed czekającą ich drogą powrotną.
M. Kopernik zakończył rzecz całą lakoniczną kwestią:
"Gorsza lepszą monetę z obiegu wypędziła". I westchnął głęboko, jakby z ulgą.

 

 

Hold-pruski

wtorek, 16 września 2008

Stacha Domagalska - Intensywny zapach ruty

Niby sucha nota wydawnicza, a przecież to ważne i intensywne spotkanie ze zmarłą ponad rok temu Stanisławą Domagalską, o której pisałem z wielkim żalem w sercu we wpisie "Stacha".

dom na wsi                          WYDAWNICTWO                                                                                                      
OSSA 104, 26-425 ODRZYWÓŁ   
e-mail:domnawsi@poczta.onet.pl   
Tel./faks (48 48) 674 54 14   


STANISŁAWA DOMAGALSKA


INTENSYWNY ZAPACH RUTY

Intensywny Zapach Ruty - okladka RGB MALY


Objętość: 200 stron
Format: 12,8 x 20,0 cm
Wydanie I
ISBN 978-83-61004-01-1
Oprawa broszurowa

Cena detaliczna 32,00 zł




Kiedy staliśmy ze Stachą na redakcyjnym korytarzu, a w jego perspektywie dostrzegaliśmy charakterystyczną sylwetkę Ernesta Skalskiego zawsze uśmiechaliśmy się do siebie i do niego nader ciepło, gdyż wzbudzał w nas organicznie odczuwaną sympatię
Teraz, po latach, przy okazji wydania zbioru reportaży Stachy mówi:


Bystre oko, czuły słuch, wrażliwość na ludzi, zrozumienie ich oraz Jej sprawny język. Takie są reportaże Stasi.
Nie zwracałem na nie większej uwagi, pracując z Nią w latach osiemdziesiątych w „Tygodniku Solidarność”, za pierwszej Solidarności, potem w podziemnych: „Tygodniku Wojennym” i w „Przeglądzie Wiadomości Agencyjnych”. Wtedy liczyła się Jej aktywność, inteligencja, sprawność w ocenie tekstu i redagowaniu. Lecz ten ważny front walki o wolną Polskę jest już zamknięty. Zaś Jej reportaże wciąż żyją, pokazują nie tylko przemijającą rzeczywistość społeczną, lecz mówią coś o człowieku i jego wiecznych problemach.


Na spotkaniu w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa (w Warszawie w sobotę, 13 września) pośmiertnie wydaną książkę prezentował Jarek Szczepański, który razem ze Stachą pracował nad wieloma reportażami. Potem wystąpił były redaktor naczelny wdzięcznej pamięcJarek_szczepanski i miesięcznika "Powściągliwości i Pracy" ksiądz Gładysz. Znakomite fragmenty "Intensywnego zapachu ruty" pierwszorzędnie odczytał swoim donośnym, a jednocześnie łagodnym głosem Józef Duriasz.

Marta_szydlowska Marta Szydłowska, właścicielka wydawnictwa "Dom na wsi" tak prezentuje książkę i autorkę:

INTENSYWNY ZAPACH RUTY, to wybór reportaży drukowanych m.in. w „Tygodniku Solidarność”, „Powściągliwości i Pracy”, „Polityce” i „Gazecie Wyborczej” w latach 1978–2002.

STANISŁAWA DOMAGALSKA (1946–2007) – była reporterką i znaną pisarką literatury dla dzieci (Coś, Żegnaj smutku, Przyszywany dziadek, Jeszcze nie teraz), tłumaczoną także na inne języki (Trzy piętra zwyczajnych przygód, Kapeć). Zakaz druku jej książek, jaki spadł na nią po podpisaniu listu w sprawie konstytucji w 1976, sprawił, że na długie lata „zamilkła”. W roku 1981 dołączyła do zespołu „Tygodnika Solidarność”. Po wprowadzeniu stanu wojennego redagowała w podziemiu „Tygodnik Wojenny” i „Przegląd Wiadomości Agencyjnych”, którego była współzałożycielem. Oficjalnie pracowała i publikowała w „Powściągliwości i Pracy”. W 1989 powróciła do „Tygodnika Solidarność”, ale już na krótko. W 1991 roku podjęła pracę w Studio Filmowym Kronika, gdzie pracowała do końca życia. Na początku współpracowała przy Polskiej Kronice Filmowej. Później sama zaczęła robić filmy. Wyreżyserowała kilka ważnych filmów dokumentalnych (m.in. Łódź podwodna, Rozbitek, Pomnik z wnętrzem), przy wielu innych współpracowała (Świadkowie, Wybór Polski, Powstanie zwykłych ludzi).

Przytacza też opinie innych twórców:

Reporterka Stanisława Domagalska uczy polskiego w ośmioklasowej wiejskiej szkole. Szkoła jak na wiejską jest duża. Łosie biegają po polach. Czasami palą się bimbrownie. O czym marzą dzieci w tej szkole, gdyby mogły zaczarować los?
– Zaczarowałabym, żeby mieszkać w małym miasteczku na ulicy Karola Świerczewskiego. Wynajmowałabym pokoje dla lokatorów.
– Żeby ludzie nie kopali ziemniaków, tylko ziemniaki żeby szły gęsiego do kopców i piwnic.
– Aby były takie bułki, które człowiek jadłby i by nigdy ich nie zjadł. Zamieniłbym część ziemi na chleb, a drewno na mięso.
– Mamusię bym zaczarowała na aktorkę, tatusia na sekretarza, braci zaczarowałabym naMalgozrata_szejnert dyrektorów, a siostrę na spikerkę.
Reporterka dowiedziała się, że matematyk uderzył kilku chłopców z siódmej b. Do tej pory się trzymał. Od tej chwili ona nie ma w szkole szans. „Pani nas nie bije, nas trzeba bić” – na każdej lekcji mówią jej sami uczniowie.
Rzadko czytamy reportaże, które powstały z takiego doświadczenia.

Małgorzata Szejnert


Z nazwiskiem Staszki Domagalskiej spotkałem się w latach osiemdziesiątych w dwóch miejscach: w katolickim piśmie „Powściągliwość i Praca” i w czołówce dokumentu Marcela Łozińskiego Świadkowie o świadkach pogromu kieleckiego – filmu-przestrogi, boleśnie odsłaniającego skutki antysemityzmu. Tadeusz_sobolewski Zestawienie tych dwóch tytułów wiele mówi. Dziś w publicznej telewizji nie mógłby powstać taki film, jak Świadkowie, a w przykościelnych stoiskach nie ma katolickiego pisma tak otwartego, jak „Powściągliwość i Praca”, kierowana przez ks. Jana Chrapka. Stanisława Domagalska była osobą przepełnioną najczystszym solidarnościowym duchem. Był wtedy w Polsce wielki czas dla inteligentów, takich jak Ona.

Tadeusz Sobolewski



"Intensywny zapach ruty" Stanisławy Domagalskiej już jest dostępny. Trzeba przeczytać.


Ssl11715

Józef Duriasz czyta "Intensywny zapach ruty" Stachy Domagalskiej

poniedziałek, 15 września 2008

Jak zostać dobrym agentem?

Zostać agentem byle jakim to żadna sztuka. Jakiś drobny funkcjonariusz podtyka człowiekowi papierek, człowiek podpisuje i już. Żadnej w tym wielkości i wyjątkowości chwili, żadnego Caryca_katarzyna poczucia bycia docenionym przez kogoś naprawdę ważnego, a wręcz potężnego. Miałkość i pył marny, a nie żadne święto i sukces osobisty.

Co innego jeśli się podpisywało taki oto tekst:

Forma rewersu na usługi Moskwy w miesiącu wrześniu 1767 do podpisu Polakom podawana


Niżej na podpisie wyrażony, przyrzekam na honor i sumienie moje, jako na przyszłym sejmie, tudzież i na inszych sejmach, sejmikach, niemniej na każdym miejscu, dokąd życia mojego sprawować się będę w interesach ojczyzny mojej, we wszystkim bez excepcji tak, jako dwór rosyjski directe czy li przez ministrów swoich odemnie pretendować będzie, zażywając wszelkiego starania mego, przyjaciół i sił moich, ażeby zupełnie tenże dwór swego dostąpił żądania; nie ekscypuję nawet interesu dysydentów, który wszelkimi siłami swemi utrzymywać będę, według zupełnej intencji najjaśniejszej imperatorowej całej Rosji. Przyobiecuję tudzież, że się nie będę do żadnej innej wiązał partii, tak narodowej jak zagranicznej zostawając na zawsze gorliwym i wiernie przywiązanym do interesów dworu rosyjskiego, według jego woli: który to dwór, skryptem niniejszym upewniam, i takiego rewers ten chcę mieć waloru, jakoby świątobliwą stwierdzony był przysięgą, submitując się w niedotrzymaniu onego w jakiejkolwiek rzeczy, wszelakiej niełasce i karze, którą by mi ten dwór rosyjski nakazać raczył, a dla lepszej wiary, skrypt ten ręką moją własną podpisuję i przyciśnieniem pieczęci stwierdzam. Działo się die... Septembris 1767.

A to, to co innego w końcu po drugiej stronie dokumentu znajduje się Jej Cesarska Mość cesarzowa Wszech Rosji, a nie jakiś zafajdany ubek. A poza tym ileż w tym dostojnym tekście pięknych słów i sformułowań. Aż ręka się rwie do złożenia podpisu. Proszę bardzo, proszę się nie krępować.

piątek, 12 września 2008

Rosja wyzwala i naucza

Ussr0358

We wpisie "Rosja uzasadnia" pokazaliśmy naszych bliskich sąsiadów, znających zasady eleganckiej dyplomacji i wyrażania paskudnych treści w formie bajkowej. Jednak maniery carskich Rosjan były wystarczająco salonowe, aby nie pluć prosto w twarz. Zupełnie inaczej wyglądało to w Rosji bolszewickiej, wprawdzie także tłumaczono i uzasadniano wszelkie450px-Red_Army_flag.svg zbójeckie poczynania, ale jakżesz inaczej. Oto próbka z 17 września 1939 roku - ulotka Armii Czerwonej, dogłębnie wyjaśniająca upośledzonym ideowo Polakom, o co tak naprawdę chodzi w tym historycznym momencie (pisownia oryginalna):


Rzołnierze Armii Polskiej!

Pańsko-burżuazjny Rząd Polski, wciągnowszy Was w awanturystyczną wojnę, pozornie przewaliło się. Ono okazało się bezsilnym rządzić krajem i zorganizować obronu. Ministrzy i gienerałowie, schwycili nagrabione imi złoto, tchórzliwie uciekli, pozostawiają armię i cały lud Polski na wolę losu.
Armia Polska pocierpieła surową porażkę, od którego ona nie oprawić wstanie się. Wam, waszym żonom, dzieciam, braciam i siostram ugraża głodna śmierć i zniszczenie.
W te ciężkie dni dla Was potężny Związek Radziecki wyciąga Wam ręce braterskiej pomocy. Nie przeciwcie się Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej. Wasze przeciewenie bez kożyści i przerzeczono na całą zgubę. My idziemy do Was nie jako zdobywcy, a jako wasi braci po klasu, jako wasi wyzwoleńcy od ucisku obszarników i kapitalistów.
Wielka i niezwolczona Armia Czerwona niesie na swoich sztandarach procującym, braterstwo i szczęśliwe życie.
Rzołnierze Armii Polskiej! Nie proliwacie doremnie krwi za cudze Wam interesy obszarników i kapitalistów.
Was przymuszają uciskać białorusinów, ukraińców. Rządzące kołe Polskie sieją
372px-Soviet_second_world_war_monument_in_riganarodową rużność między polakami, białorusinami i ukraińcami.
Pamiętajcie! Nie może być swobodny naród, uciskające drugie narody. Pracujące białorusiny i ukraińcy - Wasi procujące, a nie wrogi. Razem z nimi budujcie szczęśliwe dorobkowe życie.
Rzucajcie broń! Przechodźcie na stronę Armii Czerwonej. Wam zabezpieczona swoboda i szczęśliwe życie.

Naczelny Dowódca Białoruskiego frontu
 Komandarm Drugiej Rangi Michał KOWALOW

Podpis_odezwa_sowiecka_1939 

Przed chwilą oglądałem mowę oskarżycielską w procesie przeciwko twórcom stanu wojennego. Na ławie oskarżonych siedzieli m.in.: generałowie Wojciech Jaruzelski, Florian Siwicki, Tadeusz Tuczapski (Czesław Kiszczak nie przybył, bo chory) i Stanisław Kania. Wyobrażam sobie, że oni byliby (byli) wzruszeni słowami podpisanymi przez Komandarma Drugiej Rangi. Jak widać uzasadnienia bezeceństw nieraz trafiają do odpowiednich ludzi.Pewnie właśnie dlatego są pisane.

610x

czwartek, 11 września 2008

Veritocracy Test - Don't Bother - Nie przejmujcie się tym postem

561E33F6C74320DDED0571AD50AF2F27

Rosja uzasadnia

Rosja lubi dobrodusznie i cierpliwie uzasadniać. Ostatnio czyni to jakby częściej (ach i dlaczegoż to, dlaczego?). Tradycja tłumaczenia jak ludziom rozsądnym, co Rosja miewa na myśli wysyłając armię tu i ówdzie, ale przeważnie tu - a więc tradycja owa jest długa i szacowna.

W 1764 roku  królem miał zostać wybrany Stanisław August faworyt carycy Katarzyny zwanej Wielką. Aby Polakom nie wpadło coś dziwacznego do podgolonych głów, należało podjąć August pewne przyjazne - rzecz jasna - kroki i stąd zrodziła się Deklaracja 453px-Rokotov_ekaterina uzasadniająca wkroczenie wojsk rosyjskich w granice Rzeczpospolitej:

Zbliżanie się korpusu wojsk Jej Cesarskiej Mości wszech Rosji nie może i nie powinno wzbudzać żadnego podejrzenia w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej odnośnie wolności i jej bezpieczeństwa wewnętrznego. Liczebność tych oddziałów nie jest dość znaczna by mogły one cokolwiek przedsięwziąć przeciw prawom i przywilejom narodu tak wolnego i silnego jak naród polski. Stanowi to zarazem dowód aż nadto przekonujący czystości intencji Jej Cesarskiej Mości wszech Rosji, której nie przyświeca żaden inny cel jak tylko zachowanie wolności, do której wszyscy członkowie składający naród mają równe i niezaprzeczalne prawo. Granice, które oddzielają kraje Rosji od krajów Polski rozpościerają się po tamtej stronie na 200 mil drogi. Cóż jest więc bardziej naturalne i ważniejsze dla Rosji niż zwracać baczną uwagę na wszystko co może zniszczyć wolność i zmącić spokój Rzeczypospolitej? Jej Cesarska Mość życzyła by sobie oszczędzić niniejszego wystąpienia, lecz trzeba było ustąpić w obliczu okoliczności, gdzie ani prawa, rozum, miłość ojczyzny, ni wzgląd na spokój publiczny, nie miały wpływu na umysły. Wojska Rzeczypospolitej, naturalnie przeznaczone do bronienia granicy królestwa, zostały użyte na sejmikach, by krępować wolne głosy niezależnej szlachty. Sądy kapturowe zostały ustanowione zbrojną ręką. Co stało się w Grudziądzu jest zbyt świeżej daty by zatarło się w niepamięci. Rozkazy wydane wojskom Rzeczypospolitej, by zbliżały się do Warszawy, dają podstawy sądzić, że podejmą one działania, jakie widzieliśmy w tamtym mieście.

Jej Cesarska Mość, nasza łaskawa władczyni, życzy sobie tylko zachowania spokoju publicznego i nigdy nie pozwoli by jedna partia prześladowała drugą z przyczyny przewagi sił, przede wszystkim, gdy sprawiedliwość nie określi jak poskromić gwałty i nie wyznaczy dróg postępowania.

Dlatego my, niżej podpisani, ambasador nadzwyczajny i minister pełnomocny Rosji, wyraźnie oświadczamy w imieniu Jej Cesarskiej Mości, naszej łaskawej władczyni, w sposób najbardziej uroczysty, prymasowi i Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, że oddziały rosyjskie nie spowodują żadnej przeszkody w obradach, że nie będą mieszały się do żadnej sprawy, dotyczącej sejmu walnego i w żaden sposób nie wystąpią, gdy członkom Rzeczypospolitej spodoba się powstrzymać gwałty, których celem będzie zmącenie spokoju publicznego lub bezpieczeństwa jednostek.

Keyserling     * hrabia Keyserling
    * książę RepninNikolai_Vasilyevich_Repnin


Drodzy sercu Katarzyny Polacy jakoś nie docenili, że caryca nie życzyła sobie decyzji, którą jednak podjęła zmuszona okolicznościami, wprowadzając przecież niezbyt liczne wojska w granice zaprzyjaźnionego kraju. Niektóre prominentne osobistości Rzeczpospolitej wyrażały swój protest w sposób wyzywający, przysparzając trosk monarchini. I znów trzeba było uzasadniać, podjęte kroki, co uczynił ambasador rosyjski Mikołaj Repnin:

Oddziały Jej Cesarskiej Mości mej władczyni, przyjaciółki i aliantki Rzeczypospolitej aresztowały biskupa krakowskiego, biskupa kijowskiego, wojewodę krakowskiego i starostę dolińskiego, z powodu ich prowadzenia się, uwłaczającego godności Jej Cesarskiej Mości, podważającego czystość jej zbawiennych, bezinteresownych i przyjaznych intencji w stosunku do Rzeczypospolitej.

Niżej podpisany powiadomił najjaśniejszy Sejm, pozostający pod protekcją Jej Cesarskiej Mości, o stanowczych i uroczystych zapewnieniach kontynuacji tej opieki oraz pomocy i wsparciu Jej Cesarskiej Mości dla zachowania praw i wolności Rzeczypospolitej, z ukróceniem wszystkich nadużyć, które wśliznęły się do rządu, sprzecznych z prawami kardynalnymi państwa.

Jej Cesarska Mość pragnie tylko dobrobytu Rzeczypospolitej i nie zaprzestanie udzielać jej swego wsparcia dla osiągnięcia tego celu, bez żadnej zapłaty, pragnąc tylko bezpieczeństwa, szczęścia i wolności narodu polskiego, co już zostało jasno wyrażone w deklaracjach Jej Cesarskiej Mości, które gwarantują Rzeczypospolitej jej obecne posiadłości, jak również prawa, formę rządu i przywileje każdego.

    * Nikołaj książę Repnin


Jeśli wymienieni w oświadczeniu śmiałkowie uwłaczali godności i podważali swoim bezczelnym postępowaniem czystość intencji, to rzecz całkiem naturalna, że należało ich porwać, aby w ten nieco gwałtowny, ale nadal dobroduszny sposób przeprowadzić resocjalizację zbłąkanych owieczek. Oczywiste to i nie wymagające tłumaczeń, ale zatroskany ambasador nadal cierpliwie i po przyjacielsku uzasadniał z głęboką ufnością w resztki rozsądku u polskich podopiecznych.

Ale niepoprawni podopieczni (a zwłaszcza grupa szczególnie fanatycznych wrogów ładu i Jasna_Góra_Zdobienie_Nad_Wejściem_Do_Kaplicy_Pamięci_Narodu porządku) z zupełnie niezrozumiałych przyczyn zawiązali Konfederację Barską. Wywołało to krzyk rozpaczy naszych rosyjskich krewniaków, wyrażony w kolejnej, przepełnionej duchem humanitaryzmu deklaracji:

Z prawdziwym żalem Jej Cesarska Mość dowiedziała się o zgromadzeniach buntowniczych w Barze i Trembowli, zawiązanych pod sztandarem fanatyzmu i rebelii. Może je tylko uważać za mącicieli pokoju publicznego i wrogów ich własnej ojczyzny, którzy nie bacząc na najświętsze zobowiązania Rzeczypospolitej, nie bacząc na jej prawa, jej spokój i dobrobyt, ośmielili się uczynić podobne powstanie, mając na uwadze tylko swój własny interes, którego szukają w niepokojach i dla niego poświęcając szczęście swojej ojczyzny. Bunt zbrodniczy, który starają się ubarwić oczywistymi powodami, które są tylko pretekstem do przykrycia ich prawdziwych zamiarów, którymi są tylko: występna żądza, niepokoje, grabieże, rozboje, pragnienie wzbogacenia się spuścizną publiczną i wzniesienie się ponad prawa, które depczą pod swoimi stopami, by w ten sposób uniknąć kary, należnej za ich występki.

Te są jedyne powody w połączeniu ze skargą wniesioną 27 marca tego roku, zgodnie z wynikiem rady Senatu, który pragnąc utrzymania porządku, spokoju i praw, uznał potrzebę stłumienia i zniweczenia tego zbrodniczego przedsięwzięcia, zwrócił się o pomoc do Jej Cesarskiej Mości jako gewarantki praw, wolności i prerogatyw zeczypospolitej, by użyła swych sojuszniczych oddziałów wojskowych, które znajdują się na terytoriach Rzeczypospolitej, by stłumić i wykorzenić tę rebelię. W przypadku, gdyby buntownicy nie powrócili do swojej powinności i posłuszeństwa, od uczynienia czego są dalecy, gdy nie chcieli widzieć generała Andrzeja Mokronowskiego, wysłanego by nakłonić ich po dobroci, gdy siłą zmusili wysłanego kuriera lejtnanta regimentu hetmana wielkiego koronnego M. Szuszkowskiego do złożenia przysięgi na ich rebelię, nie chcąc go w inny sposób wypuścić, przeciągając sprawy by mieć więcej czasu na rozlanie swojego jadu i by uwieść tych, którzy nie przeniknęli ponurości ich zbrodniczych zamiarów, używając siły równie jak wszystkich rodzajów buntowniczych uzasadnień, by zwiększyć ich liczebność.

Te więc jedynie powody i zobowiązania wysokiej gwarancji, którą Jej Cesarska Mość na siebie przyjęła, zgodną z pragnieniami Rzeczypospolitej, są aż nadto wystarczające by użyła ona swych wojsk w celu stłumienia i zniszczenia zbrodniczego buntu. Zostaną one z pewnością nakłonione do tego, mając na uwadze jej sumienną dokładność do wypełnienia zobowiązań jej korony i czuwanie nad szczęściem i pokojem ludzkości. Lecz ci buntownicy, nie zadawalając się swym występnym trybem życia, ośmielili się bezpośrednio zaatakować Jej Cesarską Mość i jej imperium, publikując druki buntownicze, by nakłonić do rewolty własnych poddanych Cesarzowej i by skłonić swoich współobywateli by traktowali je jako wrogów, tak jak ogłosili oni w swoich pismach, którymi są: manifest z 7 marca[1], uniwersał z 16 kwietnia opublikowany przez dwu z ich przywódców. W konsekwencji pierwszego okazali zuchwałóść zaatakowania wojsk Jej Cesarskiej Mości i zatrzymali u siebie lejtnanta-pułkownika Wołkowa, który został do nich wysłany by ich po dobroci nakłonić, by powrócili do swojej powinności. Taki manifest mogła wydać tylko banda takich łajdaków, jakimi oni są. Podobnymi ekscesami i swoim występnym trybem życia nie zdołają758px-Konfederacja_barska_1768-1772 zniweczyć i odsunąć wszystkich środków zaradczych, jakie mogłoby im nasunąć współczujące serce Jej Cesarskiej Mości. Jej wojska, na skutek wyżej wymienionych przyczyn otrzymały rozkaz podjęcia działań przeciwko tym buntownikom i im podobnym, tak jak zasługuje na to ich zbrodniczy tryb życia i by traktować ich jako nieprzyjaciół jej imperium, ich własnej ojczyzny i mącicieli spokoju publicznego, by ścigać i ukarać ich za ich zuchwałą i buntowniczą śmiałość.

Jej Cesarska Mość, zawsze gotowa do wypełnienia jej zobowiązań, do zapewnienia szczęścia i pokoju ludzkości, do odróżniania dobrych patriotów, rozkazując tę słuszną i niezbędną karę, zarządziła by dobrzy patrioci, miłujący pokój i spokojność swojej ojczyzny, znaleźli pewne schronienie i trwałą opiekę w wojskach Jej Cesarskie