Dział: PLIKI i apel do Czytelników

Otworzyłem na witrynie “Piotr  Wójcicki – Długa rozmowa” nowy dział pod krótkim, ale mocnym tytułem “PLIKI“. To zaledwie zapowiedź przyszłego raju dla chętnych do ściągania dokumentów i innych świadectw, opisujących sprawy, wydarzenia i problemy tematycznie związane z tą witryną. Celem tego zamierzenia jest zgromadzenie jak największej ilości elementów, dotyczących konserwatyzmu, lustracji, eutanazji i innych istotnych problemów cywilizacyjnych i społecznych, rozproszonych po wirtualnych ostępach sieci.

Zwracam się więc do Czytelników z prośbą o wskazywanie mi miejsc, które ich zdaniem należałoby uwzględnić w kwerendzie wzbogacającej ofertę działu “Pliki”. Specjalną prośbę o takie wsparcie kieruję do Niepoprawnych.plZ góry dziękuję.


Piotr Wójcicki - DŁUGA ROZMOWA

 ORAZ

SZAŁ POLSKICH MEDIÓW

niedziela, 28 czerwiec 2009

Prawda i won Rafała Ziemkiewicza

"Genderowy" dodatek do "Gazety Wyborczej" zamieścił zdjęcie osobnika, który zablokował wybór Miss Ameryki (o czym swego czasu pisałem). Na zdjęciu widzimy typową przegiętą ciotę, przebraną w sutannę, którą ciota zadziera do obiektywu, pokazując różowe stringi i siatkowe pończochy. Owoż przyznaję sobie prawo, żeby móc powiedzieć publicznie iż jest to obrzydliwy pedryl, w najlepszym wypadku pajac, obrażający moje uczucia religijne i moje poczucie estetyki. A postępek, który zapewnił mu sławę, daje mi prawo nazwać go także cymbałem.

Won! - Rafał Ziemkiewicz - Felietony - Fakty w INTERIA.PL - felieton, publicystyka polityczna, społeczna, sportowa, naukowa

Rafał Ziemkiewicz ma wielki i ważny dla publicysty dar nazywania spraw po imieniu. Wyraża zarazem poglądy wyznawane przez ludzi, których większość mediów ignoruje albo chce indoktrynować, wtłaczając do mózgów wszelkie brednie wypowiadane i propagowane przez zawodowych homoseksualistów.

Autor lapidarnie acz celnie wprowadza nas w znaczenie pojęć tolerancji i akceptacji oraz prezentuję nam parodię owych haseł w wykonaniu aktywistów ruchów jednopłciowych. Ostentacyjna promocja homoseksualizmu oraz upowszechnianie wizerunku Polski i Polaków jako wyjątkowych wrogów mniejszości seksualnych realizowane są wyjątkowo nieuczciwymi metodami:


W prasie światowej, zwłaszcza brytyjskiej, odżywa co i raz "news", jakoby wskutek prześladowań uciekło z Polski do Anglii przed dyskryminacją i prześladowaniami w ostatnich latach sto pięćdziesiąt tysięcy homoseksualistów.

Skąd te zdumiewające dane? Od niejakiego Roberta Biedronia, homoseksualisty z zawodu, działacza "kampanii przeciwko homofobii" i SLD. A skąd je wziął? Jak przyznał, przyciśnięty w tej sprawie, tak sobie wyliczył. Ponoć do Anglii

wyjechało półtora miliona Polaków, a on uważa, że homoseksualiści stanowią 10 procent każdej populacji, więc 150 tysięcy. No a jak homoseksualiści wyjeżdżają z Polski, no to wiadomo, że uciekają przed dyskryminacją.

Otóż seksualne sprawy pana Biedronia nie dają mu immunitetu przed stwierdzeniem, iż plecie skończone bzdury, brednie dyskwalifikującego go jako uczestnika jakiejkolwiek poważnej rozmowy.



Co do tego można dodać. Ręce opadają i gadać się nie chce.
Choćby dlatego warto natychmiast przeczytać felieton Rafała Ziemkiewicza, do czego bardzo gorąco namwiam.


Blogged with the Flock Browser

Tags: , , , , , , , ,

sobota, 27 czerwiec 2009

Alina Cała i ja - w akcji

alina_calaTo było dziesięciolecie Marca'68 czyli jak łatwo obliczyć miało to miejsce w marcu 1978 r. Nie mieliśmy jeszcze trzydziestki, za to w głowach i sercach tkwiła pamięć pierwszego dorosłego doświadczenia politycznego, studenckie Wypadki Marcowe.

Nie pamiętam, czy wiedziałem jakie były w wymiarze szczegółowym doświadczenia mojej koleżanki z Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk. Natomiast ja pamiętałem doskonale mur niechęci i zbywania mnie przez funkcyjnych pracowników nader upartyjnionej Szkoły Głównej Planowania i Statystyki, którzy byli głusi na moje prośby o egzaminacyjne sprawdzenie moich umiejętności. Pamiętam też te śliskie pół-uśmiechy uciekających przed rozmową ze mną urzędników. Wyleciałem więc pierwszy raz z uczelni, a dopiero po roku dowiedziałem się kanałami zaprzyjaźnionymi, że potraktowano mnie jako Żyda, spokrewnionego z jednym z prominentnych komunistycznych dziennikarzy o tym samym nazwisku. Dziwiono się, że jeszcze mój Ojciec pracuje, a my w ogóle tu jesteśmy.

Miałem więc marcowych siepaczy w żołądku oraz zyskałem dotkliwe ostrzeżenie przed antysemityzmem na całą moją prywatną przyszłość.

Instytut Historii PAN zorganizował skromną i zupełnie nie promowaną naukową konferencję wewnętrzną na temat wydarzeń sprzed 10 lat. Przybyli tylko nieliczni, a więc zajęliśmy niewielką salę z efektownym okrągłym stołem przy którym wszyscy się zmieścili.

Wysiadłem z autobusu pod kościołem św. Anny na Krakowskim Przedmieściu i natknąłem się na Alinę Całą. Drogę na Rynek Starego Miasta do Kamienicy Książąt Mazowieckich przebyliśmy razem, rozmawiając o czekającym nas wydarzeniu.

Alina wyznała, że bulwersuje ją fakt, iż kilku pracowników naukowych Instytutu, którzy odznaczyli się paskudną gorliwością w wywalaniu swoich kolegów z pracy i demaskowaniem ich pochodzenia oraz specjalną dyspozycyjnością wobec reżymu funkcjonuje sobie w najlepsze w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, korzystając z ochrony władzy.

I że to jest koszmar nie do przyjęcia, i że należy o tym głośno powiedzieć na forum konferencji. Całkowicie się z tym zgodziłem, padły nazwiska antypatycznych sług systemu. Nie miałem jakichkolwiek zastrzeżeń do opinii formułowanych przez Alinę, osobę sprawnie i logicznie uzasadniającą swoje sądy. Poparłem ją z całym przekonaniem.

Kiedy Alina Cała zaczęła mówić, w gronie prowadzących zebranie zaczęło coś syczeć i się skręcać. Niektórzy zaczęli się nerwowo oglądać na boki i kręcić na wygodnych przecież krzesłach. Słowa jej brzmiały zdecydowanie i nie pozostawiały wątpliwości, co miała na myśli, wymieniając i opisując zachowanie pro-reżymowych uczonych. Zaproponowała uchwałę, którą konferencja powinna przyjąć i uważam, że postąpiła jak najbardziej słusznie i odważnie (przypominam, że był koniec lat 70-tych). Zarządzono głosowanie - tylko my dwoje podnieśliśmy ręce za jej uchwaleniem. Byłem przerażony obojętnością zebranych, nie rozumiałem aż tak wielkiego strachu przed komunistyczną władzą i nie mogłem tego zaakceptować.

Zniesmaczeni reakcją naukowców i pełni dla nich politowania wracaliśmy przez Plac Zamkowy w kierunku przystanków autobusowych.

Potem w ciągu wielu lat dość rzadko, ale jednak spotykaliśmy się w przelocie na jakichś większych "spędach" (ostatnio około 2 lat temu w lokalu Stowarzyszenia Wolnego Słowa). Zawsze ja29z uśmiechem mówiliśmy sobie cześć. Nie wiem, czy Alina pamiętała naszą obecność na wspomnianej konferencji, ale ja miałem to wydarzenie zawsze w dobrej pamięci.

Wiemy przecież - tak mi się wydawało - oboje, że nie można mówić, że wszyscy Żydzi są tacy, czy owacy, że robili to czy tamto. Bo nie wszyscy - tyle, tylko tyle i aż tyle. Jestem przekonany, że dotyczy to ludzi wszystkich narodowości i wyznań. I że to oznacza m. in. tolerancję, i że to nas łączy.

A Ty mówisz teraz i powtarzasz, że wszyscy Polacy zawinili śmierci 3 milionów żydowskich współobywateli. Wygłaszasz jawnie rasistowską opinię publicznie w biały dzień, pod moim bokiem?

Alinko, o co chodzi, co się stało w Twojej głowie i sercu? Krzywdzisz ludzi, wyznających równouprawnienie narodów w sposób bezwzględny. Stajesz w szeregu siewców nienawiści, pośród tych, którzy nadal chcą skłócić obywateli jednego Państwa, mieszkańców jednego Świata?

No, jasny gwint. Dziewczyno, co Ty... ?

Alinko, mam nadzieję, że przy najbliższym - jak zwykle - przypadkowym spotkaniu wytłumaczysz mi to z ręką na sercu. Bo jestem, psiakrew, wściekły i- co gorsze - zdezorientowany.


Na stronie Piotr Wójcicki - Długa rozmowa pod tym wpisem znajduje się sporo plików PDF o Marcu'68 do ściągnięcia i poczytania. Zapraszam.


piątek, 8 maj 2009

Dlaczego jestem NIEPOPRAWNY i won mnie z salonu.

  1. Bardzo mnie interesuje kto z ludzi dzisiejszych elit był agentem SB i jest teraz kryty oraz wyśmienicie urządzony i dlaczego tak jest?
  2. Chcę wiedzieć kto w co sika, bowiem nieśmiało podejrzewam, że kierowanie strumieniem własnej uryny ma pewien związek z kierowaniem własnym życiem.
  3. Bardzo cenię pracę historyków Instytutu Pamięci Narodowej i uważam ją za nader pożyteczną dla moralnej kondycji społeczeństwa (“Tylko prawda jest ciekawa” – Józef Mackiewicz).
  4. Uważam Adama Michnika za autentycznego polskiego patriotę, ale jednocześnie za człowieka skrajnie zadufanego, zadufanego do utraty przytomności intelektualnej i w rezultacie działającego na szkodę interesu publicznego. (zadanie domowe: czy każdy polski patriota był mądry, a każdy sprzedawczyk głupi? – osobiście wątpię).
  5. Sądzę, że “orientacja seksualna” jest kategorią irracjonalną. Istnieje norma i odchylenie od normy. Jeśli nie byłoby norm i odchyleń od nich nie potrzebowalibyśmy psychoterapeutów. A jednak potrzebujemy. Norma: “widelec służy do jedzenia”, ale widelec może także służyć wydłubywaniu czyichś oczu, ale to jest już – mam nadzieję – odchylenie od normy. Dopiero przy takim postawieniu kwestii czeka nas prawdziwy egzamin z tolerancji.
  6. Jestem zdecydowanie przeciwko karze śmierci, aborcji na życzenie, eutanazji, “małżeństwom” homoseksualnym, adopcji dzieci przez pary homoseksualne. I nie mieszam do tego argumentów religijnych – żeby było jasne.
  7. Jestem za “rządami prawa w republice”, a nie za ukształtowanym w Polsce systemem oligarchiczno-korupcyjnym.
  8. Jestem przeciwko rządom eurokracji, a więc głosuję za zdecydowanym zdemokratyzowaniem Unii Europejskiej.
  9. Uważam, że nie ma historii politycznej bez racjonalnego, a więc uzasadnionego (udokumentowanego) zastosowania teorii spiskowej. Patrz>conspiracy=zmowa, spisek, porozumienie w celu osiągnięcia celu (niekoniecznie chwalebnego). Zarzut polityczny wobec jakichkolwiek przeciwników, że stosują w interpretacji wydarzeń “teorię spiskową” jest z gruntu nieracjonalny i nieuczciwy.
  10. Lubię Izabelę Sierakowską i Joannę Senyszyn, gdyż owe panie nie obcyndalają się, tylko walą równo. W związku z czym doskonale wiadomo o co im chodzi i jakie mają poglądy. Mają tzw. “jaja” w przeciwieństwie do wielu moich niespełnionych sympatii z obozu przeciwnego, którzy mętnie zeznają, bo na więcej im dyscyplina partyjna (i prezes) nie pozwala. Nie mogę wszak głosować na bredzącego bałwana, tylko dlatego, że uważa, iż jest konserwatystą i reprezentuje szlachetne wartości. I to jest dla mnie, jako wyborcy prawdziwy pasztet.
  11. Powyższy dekalog “niepoprawnego” ulegnie licznym (a może nie?) uzupełnieniom w miarę “kartezjańskiej” przemiany rozjaśniania mojego umysłu, która jest w toku (ale nie wiadomo, czy dojdzie do szczęśliwego końca, bo kto to wie?).
  12. I na tymczasowym końcu wyliczanki, proszę o komentatorskie uzupełnienia.

sobota, 2 maj 2009

Przeciw BEZPRAWIU

Kilka dni temu rozmawiałem z panią Ewą Myrchą ze “Stowarzyszenia Przeciwko th_pragraf_2 Bezprawiu Sądów, Prokuratur, ZUS”.

Pikieta przed warszawskim Sądem Apelacyjnym na Placu Krasińskich (gmach Sądu Najwyższego) zacznie się 4 maja (poniedziałek) o godz. 9-tej rano. Ponieważ jest sporo zgłoszeń Stowarzyszenie zgłosiło zgromadzenie do odpowiednich organów administracyjnych (do 15 osób zgłoszenie nie jest wymagane). Po mniej więcej dwóch godzinach planowane jest przejście pod Prokuraturę Apelacyjną na Krakowskim Przedmieściu (naprzeciwko pomnika Adama Mickiewicza). Po kolejnych dwóch godzinach pikietowania nastąpi wręczenie oświadczeń Stowarzyszenia posłom, posiadającym biura w Warszawie, ale to chyba będzie robione indywidualnie. Pani Ewa Myrcha obiecała mi przysłanie oświadczenia, abym wręczył je w pobliskim (mojemu miejscu zamieszkania) biurze poselskim Karola Karskiego z PiS.

Organizatorów pikiety przybywający na demonstrację rozpozna po charakterystycznych kolorowych kamizelkach.

Wiele razy w komentarzach i artykułach autorzy wspominają o aktywnym wyrażaniu poglądów, w sposób widoczny dla tych, pod adresem których te działąnia są podejmowane. W poniedziałek mamy taka okazję do aktywności. Proszę z niej skorzystać.

Oto słowa skierowane do uczestników przez władze Stowarzyszenia Przeciwko Bezprawiu:

Plan pikiet: 9 - 12 Sądy Apelacyjne; 13-15 Prokuratury Apelacyjne, od 15 wybrane biura poselskie  wyłącznie w w/w  miejscowościach.                       Zwracamy się do wszystkich uczestników o respektowanie  zarządzeń koordynatorów.  To oni zgodnie z prawem są organizatorami i ponoszą odpowiedzialnośc za porządek.  To oni też mogą rozwiązać pikietę. Pikiety są pokojowe. Proszę więc nie utrudniać im życia. Mają na celu doprowadzenie przedstawicieli stowarzyszeń z Polski  do spotkań z Ministrem Sprawiedliwości i Sejmową Komisją Sprawiedliwości. Te zaś spotkania mają  doprowadzić  do merytorycznych rozmów na argumenty. Chcemy przedstawić patologie prokuratur i sądów polegające na fałszowaniu, przerabianiu , podmienianiu, znikaniu dokumentów z akt prokuratury i sądów  w oparciu o dokumenty. Czego więc boją się przedstawiciele narodu?  PRAWDY?  - o przestępczej działalności funkcjonariuszy publicznych.      Wybór biur dokonali koordynatorzy. Należy pójść do nich w grupach. Posłowie muszą zacząc liczyć się z obywatelem. To od nich zależy treść ustawy. Biura poselskie to podstawa tych pikiet. W dniach następnych odwiedzimy posłów w swoich miejscowościach. Nagrywanie rozpraw i pełny dostęp stowarzyszeń do spraw obywateli to podstawa demokracji i jawności życia publicznego.

Pozdrawiam wszystkich i życzę powodzenia Jerzy Jachnik

Pewnie się spotkamy.

Ludzie spalonego lasu

Jakaś czwarta nad ranem była, letnią porą, kiedy podniosłem głowę znad stołu i spojrzałem w szarzejące okno. Nieco bardziej szara była wyraźniejąca bryła sąsiedniego 2381252528_8a40f482da bloku. A poza tym cisza i monokolor. Po mojej lewej stronie podniosła głowę Teresa i jakby odruchowo spytała: “I co"?”. Po prawej Lena-Ukrainka poruszyła się i skierowała swoje piękne, intensywnie czarne oczy w okienną studnię na świat. Znieruchomiała, a ja spojrzałem na stół.

Odnalazłem w bałaganie papierosy i zapaliłem jak zwykle z wściekłą przyjemnością. Na blacie stały, albo i leżały – tego nie pamiętam – bo to nieistotne – ze dwie, trzy butelki po wódce, tyleż samo po jakimś tanim, kwaskowatym rieslingu, puste kieliszki, jak zrozpaczone żałobnice, nie mogące nieść pociechy potrzebującym i kilka soczystych petów, pachnących zagrychą ludzi samotnych. Ale w dalszym ciągu mimo sponiewieranej nawierzchni stół był naszym jedynym oparciem w szarzyźnie tego poranka.

I nagle usłyszałem wspaniały, głęnoki głos, melodię i ukraińskie słowa dumki posłane na przywitanie nadchodzącego i niepewnego czasu. Lena wciąż patrząc w ciemnoperłowe niebo śpiewała jakimś wilczym głosem, jakby znalazła się pośród leśnych drzew w środku mroźnej zimy, a nie w bloku na letniej Ochocie.

Wpatrzyłem się w nią z uczuciem niezbyt przytomnego uczestnika misterium kaca. Była piękna, wspaniale zbudowana, śniada o gładkiej i sprężystej skórze i drapieżnych powolnych, ale bardzo naturalnych ruchach. Samotna kobieta w średnim wieku, kochanka jakiegoś podejrzanego technika dentystycznego, który brylował w “Kongresowej”, każąc do siebie mówić “panie doktorze”. Koledze Jarkowi tak naprawił ząb, że mu po kilku godzinach cały wypadł. Namawiał nas, abyśmy przyprowadzili jakieś dziewczyny, a on skombinuje filmy pornograficzne i będzie wesoło. Pokpiwaliśmy z tego ładowanego cwaniaczka i specjalnie nie zwracaliśmy na niego uwagi.

Ale na nasze spotkania u Teresy, Lena przychodziła sama, siadała przy stole i widać było, że odczuwała ulgę w obcowaniu z niezbyt urządzonymi w życiu, ale swobodnymi ludźmi, z którymi na pewno można się bezpiecznie napić, zwłaszcza sporo napić.

Kilka lat wcześniej znalazłem się u Teresy i stałem się częstym gościem, a zwłaszcza słuchaczem historii jej życia. Była społeczną sierotą wojenną i w wieku kilku lat została przygarnięta przez państwa B., z którymi doczekała początków PRL-u. Potem tułała się między Białymstokiem, a innymi miastami północno-wschodniej Polski, aby trafić w końcu do Warszawy i wyjść za mąż za wyjątkowo wrednego komunistycznego dziennikarza, piszącego najordynarniejsze książki propagandowe.Wkrótce się jednak rozwiedli i ów sługa reżymu przepadł w tłoku podobnych mu obwiesiów. I dobrze się stało, że właśnie tak się stało. Pies z nim tańcował.

Zgrabna była z Teresy kobieta, o ładnym ciele, ciekawie sklepionym brzuchu itd… .Siadałiśmy do stołu, na którym pojawiało się to, co trzeba łącznie z grzybkami w occie. Nie zaczynaliśmy bez dwóch półlitrówek, aby się później nie denerwować drobiazgami. Ale i tak musiała się znaleźć i trzecia, po kilku godzinach, kiedy już wszystko było jasne i świat cały ulegle krążył w zasięgu ręki.

I zaczynały się jej wspaniałe opowieści, których słuchałem z prawdziwym oddaniem, które ona wyczuwała. Wiedziała, że naprawdę jest słuchana. Mówiła o swoim udziale w pracach zespołu “Kurpie Zielone”, co za każdym razem wywoływało moje zdziwienie. Uporczywie upewniałem się, czy rzeczywiście była ludową śpiewaczką i sugestywnie jej tłumaczyłem, że to przecież niemożliwe, bowiem członkinie ludowych grup artystycznych nie chodzą tak – po prostu – po świecie, i nie istnieją po to, żeby pić z zasłuchanym, o 15 lat młodszym człowiekiem rodzaju męskiego.

Mówiła też o swojej bezdzietności, cierpiała z tego powodu i patrzyła wtedy na mnie załzawionymi oczami tak, jakbym mógł coś poradzić w kwesti owego biologicznego nieszczęścia. W takich momentach była tak kobieca i po ludzku bezradna, że mnie aż ze wzruszenia zatykało i bardzo żałowałem, że jej nie kocham i nie mogę z nią być na zawsze, towarzyszyć jej w unikaniu  nieuchronnych psychicznych pułapek. Jeszcze kilka razy w życiu odczuwałem tak bolesny brak uczucia miłości.

Tak więc bawiliśmy się na alkoholowych kolacyjkach i na kolacjach proszonych. Tylko alkohol dawał nam poczucie rzeczywistości oswojonej. Ona świetnie wyglądała, a ja ją lubiłem. Tak było przez prawie pięć lat, a później nasze drogi… i tak dalej… .

Spotkałem ją kilka lat temu, koło jej bloku. Miała już około 70 lat, uściskałem ją, ucałowałem,

poszliśmy do jej mieszkania, ale już dalej nie chcę ciągnąć tej historii.

Uprzedzam jednak, że inne historie o ludziach mojego spalonego lasu mogą kończyć się smutniej. Bo tak było.


piątek, 1 maj 2009

Śmierdzący wehikuł czasu

No i co? Chcecie cofnąć się wehikułem czasu klikaset lat wstecz? Na pewno? E!? Jednak tak? Dobrze, ale na własną odpowiedzialność. Nie mam zamiaru przyjmować później pretensji, że wyobraźnia Wam sie nieco popsuła i jakby spsiała. Jedziemy!

Kiedy oglądacie jakiś niebywale atrakcyjny film historyczny, albo czytacie ciurkiem przez wiele godzin powieść historyczną pełną przygód i niesamowitych sytuacji, a także wspaniałych opisów przyjęć, audiencji królewskich, posiedzeń szacownych gremiów, to 6952_1158731630_e6fe_d pewnie nieraz wzdychacie i myślicie “Jakże wspaniale byłoby się tam znaleźć i być świadkiem historii. Tak usiąść z tymi ludźmi przy jednym stole, rozmawiać, biesiadować, poznawać ludzi i okoliczności ich postępowania – jakie to frapujące byłoby, jak by to nas wzbogaciło”. To się nazywa, po prostu, marzenie.

Jeśli cofnęlibyśmy się o 200, 300 czy 400 lat zadziwiłaby nas przede wszystkim kompletna odmiana w zakresie tzw. wrażeń zmysłowych. Dzisiejszemu człowiekowi z miasta małego i dużego trudno byłoby się przyzwyczaić do owych wrażeń. A nawet powiedzmy sobie szczerze, nasz współczesny bliźni doznałby poznawczego szoku.

Zasiadłby nasz pełen dobrych chęci Świadek przy jednym stole, wśród biesiadników, na rzeźbionej ławie i po minucie wyprysnąłby gnębiony torsjami i zwiewał, gdzie rośnie pieprz. 

Odór spoconych, a nawet nie spoconych ciał biesiadników był przerażający, bez względu na ich pochodzenie społeczne. Owszem, poddawali się oni jakimś zabiegom kosmetycznym, ale niezbyt higienicznym. Czasami myli odkryte miejsca ciała, a więc ręce i twarz z przyległościami (stąd pewnie powiedzenie o myciu “na mały dekolt”), ale z naszego punktu widzenia byli absolutnymi brudasami. Nieraz używali do czyszczenia ciała korzenia mydlnika, który dawał nieco złudzenia, że ma się do czynienia z mydłem. Ale bez przesady. Mycie całego ciała było zebiegiem szalenie rzadkim, a polegało na zanurzeniu w wodzie i taplaniu się, co jak wiemy zapewne z własnego doświadczenia raczej brudowi nie szkodzi.

Jeśli taki gość lub pani raczyli się – Boże uchowaj – do nas uśmiechnąć, a liczyli sobie już 30 lub więcej lat, to mielibyśmy prawo do omdlenia nie tylko z powodu odoru, dochodzącego z ich ust. Ujrzelibyśmy koszmarne, nieregularne, czarniawe zęby, albo miejsca po nich, a więc szczerby. Żałoba za paznokciami była dość powszechna, zwłaszcza u polskiej szlachty, która zresztą szczyciła się również nie obciętymi, zapuszczonymi pazurami.

Kajetan Koźmian, właściciel klucza pięciu wsi, w swoich fascynujących pamiętnikach (szczerze polecam oczywiście z innego względu, a mianowicie jako znakomity tekst polityka konserwatywnego i zwolennika Królestwa Kongresowego. Pisał np. o kimś, kogo szanował: “Ale Bóg mu oszczędził bolesnego strapienia, uprzedził śmiercią ustanowienie Konstytucji 3 Maja…”.) daje nam opis Lublina w czasie sejmiku wyborczego do Sejmu w 1888 r.(zwanego później Czteroletnim). Z Podlasia nadciągnęła wielotysięczna rzesza drobnej szlachty zagonowej, aby wesprzeć swoich kandydatów. Rozbili się oni obozem pod miastem, a samikon_sejmik 003 Lublin został przez Podlasian zdominowany i co nieco sterroryzowany ich chuligaństwem, bowiem rąbali szablami bez powodu i potrzeby mimo, że wysyłano do ich przywódców grzeczne prośby “aby rozbujałych panów braci w porządku utrzymali”. Podczas licznych potyczek i bójek nieraz napadnięta szlachta uciekała z domów, namiotów czy karczm w skąpym odzieniu, w jakiejś bieliźnie, która zbrukana była odchodami bowiem zmiany tej części ubioru następowały wyjątkowo rzadko. Buty tej gołoty szlacheckiej śmierdziały dziegciem i wystawała z nich brudna słoma, co Koźmian precyzyjnie opisał.

Odór rozchodzący się w kościołach, w których odbywały się sejmiki nie przeszkadzał książętom Sapiesze czy Czartoryskiemu brać w nich aktywnego udziału. Wyjątkiem był król Stanisław August, który omal nie zemdlał w zetknięciu z panami bracią. Posłowie pijani jak bele wymiotowali tak w kościele, jak i pod jego ścianami na zewnątrz. Czy ktoś z naszych współczesnych wytrzymałby w takim towarzystwie? No, co jedziemy dalej wehikułem czasu? Jedźmy więc.

Ale zacznijmy od dnia dzisiejszego. Otóż w mojej podlaskiej wiosce, położonej naprzeciwko Drohiczyna, po drugiej stronie Bugu higiena jej mieszkańców jest w znacznie lepszym stanie niż szlachty XVII-XVIII- wiecznej. Gospodarz w ciągu tygodnia nie zmienia ubrania, zarasta brodą i myje, a raczej przemywa tylko ręce i twarz, czasami stopy i owszem używa mydła, ale oszczędnie. Mykwa całościowa ma miejsce w sobotę, a golenie w niedzielę. I tak w koło. W niektórych domach, ale w niewielu (bo większość do ładne, drewniane, podlaskie, niewielkie chałupy – ok. 35 metrów kwadratowych) są łazienki, ale to pomieszczenie wydaje się najbardziej zaniedbane, aż nie chce się tam wchodzić. Po pracy ubranie nie jest zmieniane, a jego wygląd przyprawia o żałość. Według wszelkiego prawdopodobieństwa taki model procedury higienicznej obowiązywał wśród XIX-wiecznej, wykształconej ludności miejskiej i może w dworach, ale niekoniecznie.

Tak więc postacie z komedii Michała Bałuckiego i Gabrieli Zapolskiej dbały o czystość na mały dekolt, dokonując zabiegów łaziebnych raz na tydzień. Codziennie natomiast zmieniano mankiety i kołnierzyki oraz golono się. Musiało wszystko więc tylko wyglądać czysto i nic poza tym. Wiemy przecież doskonale, jak może “pachnieć” człowiek po 5 dniach mycia wyłącznie odkrytych fragmentów ciała. Spróbujcie podczas wakacji, a przekonacie się boleśnie.

Mój stryjeczny dziadek Kazimierz Wójcicki opowiadał mojej Mamie o swej przygodzie z czasów młodości z lat 90-tych XIX wieku (miał wtedy dwadzieścia kilka lat). Jechał kiedyś ze starszą damą powozikiem w okolicach Tarnogrodu i na jakimś wyboju bryczka przewróciła się, dziadek wypadł z niej pierwszy na trawę, a dama okrakiem siadła mu z rozpędem na twarz, zakrywając mu ją wszystkimi spódnicami i długaśnymi majtkami. Konfuzja była wielka, a dziad Kazimierz z lekkim uśmiechem, skrywanym pod sumiastymi wąsami kończył opowieść: “Ale zapach był nietęgi”.

Już chciałem znów się cofnąć w czasie i opowiedzieć o higienie dam XVIII-wiecznych, ale postanowiłęm zjeść kolację, więc na tym skończę, aby kontynuować w następnym odcinku. Chyba, że zdecydowanie zaprotestujecie przeciwko odzieraniu historii z jej uroków.

Jeszcze tylko wytłumaczę się, dlaczego nie piszę przy tej okazji o Średniowieczu. Powiem tylko, że w XV-wiecznym Krakowie było dwieście kilkadziesiąt łaźni miejskich, natomiast w XVII wieku ich ilość zmniejszyła się wielokrotnie. Wraz z nowoczesnością upowszechnił się brud, cokolwiek by to znaczyło

.

ikon_sejmik

 


środa, 29 kwiecień 2009

O dziecku, które w igrze uraziło - Prawo Prusów, Prawo Ormiańskie

We wpisach "Perversa consuetudo", a zwłaszcza "Średniowieczna opinia o stanie zdrowia" omówiliśmy zagadnienie oględzin (wizji) pokrzywdzonego, który doznał uszczerbku na zdrowiu. Wizja dokonywana byłą przez wyznaczone prawem osoby, Kanclerz_jan_laski_krol_aleksander ale nie przez lekarzy. Kiedy więc i w jaki sposób medycyna profesjonalna zaczęła wkraczać do spraw, rozpatrywanych przez sądy polskie na przełomie Średniowiecza i epoki Odrodzenia?

Począwszy od pierwszej połowy XVI w. znaczenie wizji upad­ło,gdyż instytucja ta nie zapewniała dość dokładnego poznania sądu ze stanem faktycznym, a poza tym umożliwiała woźnym doko­nywanie nadużyć. Reakcję ustawodawcy stanowiła konstytucja z 1538 r., nakazująca dokonywania oględzin ran i obdukcji zwłok przez woźnych w siedzibie sądu grodzkiego lub ziemskiego (30). Równocześnie polecono wpisywać relacje z obdukcji i wizji do ksiąg sądowych. Od tej pory opisy zawarte w tych księgach zastąpiły zeznania osób bezpośrednio prowadzących badania.

Fakt, że ówczesny ustawodawca przywiązywał znaczną wagę do opinii wyrażających przeciętny,obiegowy zakres wiedzy medycznej, nie wyklucza obecności w materiale normatywnym medycyny profe­sjonalnej (lekarzy,lekarstw itp.). Przykładem dość ciekawego połą­czenia zagadnień z zakresu uszkodzeń ciała, oględzin i obecności medycyny jawią się artykuły Prawa Prusów, którego zwód dokonany w 1340 r. a prawo przyjęto na wiecu z udziałem ludności pruskiej i pomorskiej.

Uwzględniono w nim przestępstwa prze­ciwko życiu i zdrowiu, a więc rozmaite obrażenia, uderzenia, si­niaki, szramy, rany, krew, okaleczenia, złamania kości.

Artykuły lura Prutenorum są również przykładem prawnej re­gulacji wynagrodzenia lekarskiego. Rolę zespołu wyceniającego usługi medyczne spełniały osoby,którym rany zostały okazane ("ko­mornik i inni uczciwi ludzie").Tak więc "czynnik" Correctura_statutorum2 niefachowy ustalał ekwiwalent usługi lekarskiej, ale tylko do pewnej granicy. W niektórych bowiem przypadkach wycena pracy lekarza była przez ustawodawcę określona w sposób sztywny,a mianowicie w razie ciężkich obrażeń ciała (np. przy "pęknięciach głowy"). Wysokość wynagrodzenia była określona, ale i zróżnicowana w zależności od efektów kuracji. Grzywnę fenigów płacono w wypadku efektów pozy­tywnych,gdy natomiast, jak to określała ustawa,"pęknięcie otwo­rzyło się", a lekarz tego nie wyleczył, dostawał jeden wiardunek  "i nie wiecej".

Omawiany przez nas pomnik prawa zawierał dość ciekawą za­sadę pewnej autonomiczności procesu leczenia wobec meritum pos­tępowania procesowego. Strona składająca przysięgę na swoje ra­ny i okaleczenia, mimo przegranej, winna była zapłacić zaangażo­wanemu przez siebie lekarzowi. Natomiast zawsze zwrot kosz­tów leczenia poniesionych przez poszkodowanego ciążył na stronie, która zranienia dokonała.

Zbiory praw obejmujących swym zasięgiem stosunkowo niewielką liczbę mieszkańców, czy też obowiązujących na niewielkich sto­sunkowo obszarach, dostarczają sporo interesującego materiału na temat różnych aspektów obecności medycyny w ówczesnym życiu praw­nym. Widoczne jest to nie tylko na przykładzie Balzer_statut_ormiański lura Prutenorum, ale także Prawa Ormiańskiego, obowiązującego w ciągu XV wieku, spisanego w 1519 r., a od 1528 r. funkcjonującego w urzędowym tłu­maczeniu polskim. W tekście owego zbioru potraktowano łącznie zagadnienia odszkodowawcze, trwałe i nietrwałe uszkodzenia ciała i czynności lecznicze. Uwzględniono różnorodność sytuacji, w któ­rych mogły powstać obrażenia cielesne, co wynikało z kazuistycznego traktowania materii regulowanej normami.

Jako przykład przywołajmy artykuł "De pueris uno alterum laesere" ("0 dzieciach, które jedno drugie urazi"). Dotyczył on sytuacji,w której dziecko swego współtowarzysza "in ludo laeserit" ("w igrze uraziło"). Istotne, podobnie jak w innych pomni­kach prawa, było ustalenie uszkodzonej części ciała, przy czym trzy wymieniono przykładowo ("in quod membrum eum laesit, an in oculum, an in manum, aut in pedum") .Odszkodowanie ustalano bowiem wg. dotkliwości zranienia oraz "jakości członków" ("qualitatem membri"). Świadczenie to miało również uwzględniać nakłady na lekarstwa ("pro medicini") poczynione przez poszkodowanego.

Uwzględniono również fakt, że zadanie ran (np podczas bójki) mogło spowodować trwałe obrażenie ciała, a więc kalectwo. Mowa o nim była wtedy,gdy ranny po wyzdrowieniu chodził "cum corule alias z laską". Wtedy to winny zajścia oprócz kary pieniężnej musiał zwrócić koszt leków(37).

Zagadnienie trwałości choroby zawarte było w przepisach, tyczących utraty zdrowia podczas wykonywania prac, do których było się zobowiązanym. Informuje nas o tym treść norn umieszczony­ch w Prawie Ormiańskim pod tytułem "De iure cmethonum". Przypomniano w nich hierarchiczność świata, ponad dziedzicem znajduje się Pan wyższy i przeciwko Panu Bogu grzeszył ten, kto wskutek zmuszania chłopów do nadmiernego wysiłku spowodował ich obrażenia, a w najgorszym razie śmierć. Ale i prawo na Ziemi nie pozostawiało takiego postępowania bez konsekwencji. Pan był zo­bligowany do zapłacenia odszkodowania, a także zwrotu kosztów leczenia, gdyby kmieć "medicinis ex laesione evaserit" ("lekarstwy z obrażenia wyszedłby").


Kwalifikowaną formą opisanego wyżej czynu było spwodowanie takiego "laesio saluti" ('obrażenia zdro­wiu"), którego skutkiem byłaby "wieczna niemocność" ("imbecilitas peppetua").Wtedy to sąd miał skazać oskarżonego w taki sposób "quod iustitia suadebit" ("co sprawiedliwość będzie radziła")(39).

Przy rozpatrywaniu zagadnień związanych z przestępstwami przeciwko zdrowiu, a zwłaszcza czynów powodujących różnorakie uszkodzenia ciała, warto zauważyć specyficzną dla ówczesnego pra­wodawstwa konkretność ekspertyzy - ograniczenie jej do oznaczo­nych ściśle miejsc na ciele badanego. Jak to już w literaturze napisano, nie odczuwano, w tamtym okresie potrzeby badania całe­go ciała, w przypadkach, gdzie tylko szło o obrażenia pojedynczych części"(40).

Omówione wyżej kwestie nie dają nam nawet częściowej odpowiedzi na pytania tyczące wpływu stanu zdrowia na zdolność peł­noprawnego funkcjonowania osób fizycznych, kształtowania się zasad odpowiedzialności chorych, a także spraw opieki i spadko­brania.

Rozpatrując rozwój relacji "zdrowie - ważność czynności prawnych" wkraczamy w krąg rozważań obszerniej traktowanych przez literaturę niż wskazywałaby na to obfitość podstawy źródłowej. Za punkt wyjścia uważa się w tych rozważaniach is­tnienie wymogu zdrowia na ciele i umyśle. Spotykamy pogląd, że łączne traktowanieStatut__askiego___1 obu elementów zdrowia wynikało ze "zmysłowego pojmowania" rzeczywistości przez ludzi owych czasów, dlatego też odmawiano rozsądku osobom cierpiącym na dolegliwości fizyczne.

Prawo zwyczajowe kształtujące ten typ zależności ulegało stopniowo zmianie w ciągu XV w. czego efektem było utrwalenie częściowo zmienionych reguł w zbiorach będących zestawieniem prze­pisów wziętych m.in. z ustalonych zwyczajów, powstających w I-ej połowie XVI w. (Jan Łaski, Statut - 1523 r., Correctura statutorum - 1532 r.). Ustalenia te tyczyły osób zeznających przed sądem na okoliczność obowiązywania umów czy wpisów do ksiąg. W takich przypadkach sąd był zobligowany do starannego określenia, oprócz wieku zgłaszającego się, jego sprawności umysłowej (discretio bona). Jeśli strona nie posiada­ła powyższej cechy, dokonania prawne przez nią podejmowane nie były uwzględniane.


Statut_2

czwartek, 16 kwiecień 2009

Andrzej Józef Dąbrowski - Holoubek

ANDRZEJ JÓZEF DĄBROWSKI


GUSTAWA HOLOUBKA POWROTY DO ŹRÓDEŁ


„Spośród wielu aktorów, których użyteczność jest niewątpliwa, dysponujących często doskonałym warsztatem, odnoszących prawdziwe sukcesy, tylko niewielu udaje się osiągnąć ten stopień wtajemniczenia, że można o nich powiedzieć, iż są czymś więcej niż aktorami. To właśnie ci, którzy zawód ten traktują jako środek7 porozumiewania się ludzi między sobą, jako narzędzie do wyrażania własnego zdania na temat spraw zasadniczych, wyznaczają rangę artystyczną aktora, uzasadniają piękno i nieustającą potrzebę teatru”.

Nie jest pewne, czy Gustaw Holoubek miał siebie na myśli, pisząc te słowa w swej książce „Wspomnienia z niepamięci”, pewne jest natomiast, że on sam do takich aktorów właśnie należał. Aktorstwo było dla niego sposobem porozumiewania się z innymi i owym „narzędziem do wyrażania własnego zdania”. A było to zdanie istotne, wyrastające tyleż z inteligencji i wiedzy, ileż z niezawodnego instynktu. Liczono się z nim, czekano na nie, cytowano je.



Z biegiem lat Holoubek stawał się już, nie tylko polskim inteligentem stojącym przed największymi zagadnieniami, ale wręcz mędrcem. Mędrcem na scenie, mędrcem na ekranie, mędrcem w życiu. Nie wiem, czy o którymś z polskich powojennych aktorów można powiedzieć to samo. Owszem wielcy nasi aktorzy bywali intelektualistami, autorytetami, mentorami; mędrcem był tylko Holoubek.


To jego nadzwyczajne miejsce w historii polskiego aktorstwa uwieczniają nie tylko zarejestrowane role i filmy dokumentalne, ale także dwie książki - wspomniane „Wspomnienia z niepamięci”, których drugie wydanie ukazało się 6 marca br. w pierwszą rocznicę śmierci artysty i wydany przez rokiem, tuż po jego zgonie, tom „Holoubek. Rozmowy”. „Wspomnienia” napisał sam mistrz, „Rozmowy” są dziełem dziennikarki Małgorzaty Terleckiej-Reksnis. „Wspomnienia” recenzowałem przed dziesięcioma laty w „Przeglądzie Polskim”, teraz pora na omówienie „Rozmów”.


Są one swoistym dopełnieniem „Wspomnień”, urwanych w chwili wejścia autora na deski sceniczne. Małgorzata Terlecka-Reksnis dopytuje w nich o czas dzieciństwa, młodości i okupacji opisany wcześniej przez samego Holoubka, a później już przepatruje wraz z nim dalsze etapy jego życia. A zatem – krakowski debiut, pierwsze role i pierwsza dyrekcja w Katowicach, dwuletni pobyt w sanatorium przeciwgruźliczym w Zakopanem, pierwsze role w Warszawie, legendarna kreacja w Druszcz_Holoubek pamiętnych „Dziadach” z 1967 roku, etat w Teatrze Ateneum, wspaniała dyrekcja Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy, zakończona dymisją w stanie wojennym, pięć sezonów u Dejmka w Teatrze Polskim i wreszcie piętnastoletnia dyrekcja Teatru Ateneum, która okazała się już ostatnim etapem jego drogi scenicznej. Etapy te wypełniają również występy w telewizji i filmie, prace reżyserskie, zajęcia ze studentami warszawskiej PWST oraz funkcje społeczne – prezesowanie SPATiF-owi a potem ZASP-owi, posłowanie w Sejmie i zasiadanie w Senacie.


Oczywiście najważniejsze były wielkie role a tych było bez liku, dosłownie bez liku. Do historii teatru przeszły m.in. Cust w „Trądzie w pałacu sprawiedliwości”, Goetz w sztuce „Diabeł i Pan Bóg” , Król Edyp, Ojciec Ricardo Fontana T.J. w „Namiestniku”, Gustaw - Konrad we wspomnianych „Dziadach”, Król Lear, Mistrz Fior w „Operetce”, Superiusz w „Pieszo”, Skrzypek w „Rzeźni”, Tomasz Beckett w „Mordzie w katedrze”, Rejent Milczek w „Zemście” , Shylock w „Kupcu weneckim”... Z ról telewizyjnych i filmowych nie podejmuję się wybierać tych najlepszych, bo niemal wszystkie były znakomite. Brzmi to niewiarygodnie, ale jednak tak było. Nieco słabiej wypadają prace reżyserskie, ale i one trzymają zawsze wysoki poziom.


Czytelnikom chcącym poznać wszystkie dokonania mistrza Holoubka, autorka ułatwiła zadanie, zamieszczając ich spis na końcu książki wraz ze zdjęciami z wybranych ról. Zdjęcia ilustrują też kolejne rozdziały, z których jest skomponowana całość. Są świetnie dobrane; dokumentują nie tylko role, ale również konwencję spektakli. Fragmentarycznie, rzecz jasna, ale jednak dają pojęcie.


W „Rozmowach” wyłania się najpełniejszy autoportret Holoubka jako aktora. Przy pracy nad rolą było dlań ważne pierwsze wrażenie – kim jest postać, którą ma grać i co może poprzez nią powiedzieć. Potem to pierwsze wrażenie starał się on przechować w pamięci podczas dalszych prób. Odpowiadając na jedno z pytań dotyczących jego sztuki, wyznał –


„Prawie od początku aż po ostatnie dni mojego pobytu na scenie (...) nie miałem nic innego na uwadze, jak tylko podzielenie się z publicznością, niezależnie od tego kogo gram, swoim osobistym poglądem na rzeczywistość. Innymi słowy, prezentowałem swoją postawę filozoficzną. Jeżeli przyjąłem taką formułę, to jest logiczne, że w każdej roli pomijałem wszystko to, co mogło mnie oddalać od tej postawy, a co było ornamentem, wyłącznie formą roli, a nie jej istotą. (...) NieHoloubek3a_d mówię monologów po to, by oznajmić publiczności, że mam takie myśli, ale po to, by zapytać, czy dzieli je ze mną. Więc prawie cały czas zadaję pytania. I czekam na to niewypowiedziane przez widzów potwierdzenie: tak jest, ma pan rację, ja czuję i myślę to samo. Czy nie to właśnie nazywają u mnie intelektualnym dystansem? Jego istotą jest zaproszenie do współuczestnictwa w refleksji, w referowaniu widzom tego, co na dany temat myślę”.

Trudno o lepsze samookreślenie.


Dla Holoubka podstawowym tworzywem było słowo. Nie było ono dla niego parawanem, jak chciał Swinarski, skrywającym coś innego niż się głosi, tylko formą zawierającą myśl i uczucie. Formą niedoskonałą, albowiem nie mieszczącą w pełni ani myśli, ani uczucia. Zadaniem aktora jest walka, jak wyrazić poprzez słowo to, co się chce wyrazić, a czego nie sposób wyrazić inaczej. Wielka Improwizacja w „Dziadach” jest najwyrazistszym i zarazem najtrudniejszym przykładem tej walki - „język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie/ Myśl z duszy leci bystro, nim się w słowach złamie”. Holoubek tę walkę wygrał; mówił Wielką Improwizację przez dwadzieścia dwie minuty tak, że widzowie najpierw wstrzymywali oddech a potem w duszy mówili wraz z nim. Dwadzieścia dwie minuty! W teatrze to wieczność. W zasłuchaniu zastygali nawet w pracy zakulisowi pracownicy sceny. W roli Gustawa-Konrada spełnił się Holoubek najpełniej. Marzył o niej, a kiedy ją dostał, nie okazała się dlań za trudna. Wiedział bowiem, że nie jest ona deklamacyjnym opowiadaniem o swym nieszczęściu, czy urąganiem Bogu, ale walką, by wobec tegoż Boga wypowiedzieć się najprecyzyjniej i by zmusić go do działania. Słowo w jego mniemaniu musiało też brzmieć jak „propozycja muzyki, której interpretacja nie należy do wykonawcy, lecz do odbiorcy”.


Małgorzata Terlecka - Reksnis zanotowała także wypowiedzi mistrza o sztuce teatru, w których przebija przekonanie, że polega ona na tworzeniu świata sztucznego, po to by wyrazić prawdę o życiu i ludziach. Teatr ma być iluzją, bajką wręcz i poezją, a nie naśladowaniem rzeczywistości. Z najwyższą niechęcią mówi on o tych reżyserach i aktorach, którzy w literaturze szukają tego, co sami chcą znaleźć, a nie tego, co zawarli w niej autorzy. Doprowadziło to swoistego ekshibicjonizmu i do Highres_000000014016_62294g sytuacji, w której - zamiast rozmowy z widzem poprzez grę - na scenie pojawiła się „fizjologia z wnikliwą obserwacją biologii człowieka, jego odruchów, ograniczeń i potrzeb”. W konsekwencji widzowi wyznaczona została rola podglądacza. Uporczywe trzymanie się teatru słowa, będącego szeroko pojętą poetycką bajką, oddaliło ostatecznie Holoubka - wychowanego na Juliuszu Osterwie, Władysławie Woźniku, Jerzym Leszczyńskim - od pokolenia tzw. „młodszych zdolniejszych”. Nie przypadkiem wyzna on pod koniec życia, iż Osterwa był największym człowiekiem teatru, z jakim się zetknął.


W książce Małgorzaty Terleckiej-Reksnis najmniej jest Holoubka prywatnego. Nie ma go jako małżonka trzech kolejnych żon aktorek – Danuty Kwiatkowskiej, Mai Wachowiak i Magdaleny Zawadzkiej, nie ma jako ojca córki i syna. Jest natomiast Holoubek przyjaciel - wierny i lojalny intelektualny partner pisarza Tadeusza Konwickiego. Jemu właśnie poświęcony jest jeden z rozdziałów. Przez długie lata omawiali ze sobą sprawy duże i małe. Podstawą ich stosunków była całkowita bezinteresowność – „ja o nic nie proszę Konwickiego, Konwicki o nic nie prosi mnie” – wyznaje mistrz, dodając iż jest to jego jedyna przyjaźń z mężczyzną. W tym miejscu warto przypomnieć, że Holoubek zagrał w kilku filmach swego przyjaciela, przypomnijmy choćby „Salto”, „Jak daleko stąd, jak blisko” i ”Lawę”.


„Rozmowy” nie są wywiadem rzeką. Przeprowadzone zostały w różnym czasie, w rożnych miejscach i sytuacjach. Nie mają z góry ustalonego scenariusza, nie dążą do konkluzji; są zapisem artystycznego i ludzkiego doświadczenia wielkiego aktora. Autorce udało się uchwycić takiego Holoubka, jakim był, z jego wdziękiem, ciepłem, ciekawością ludzi i spraw toczących się wokół. Udało się też jej zarejestrować jego prosty a zarazem niezwykły sposób mówienia, nie uroniwszy niczego z właściwych Polfilm_-_Petla_62285g mu pięknych fraz. W przytaczanych przez nią wypowiedziach, nie tylko słyszy się jej rozmówcę, ale i widzi. Z jednej strony dobrze to świadczy o umiejętnościach literackich autorki, z drugiej zaś potwierdza siłę osobowości artysty, który magnetyzuje tym razem nie widza a czytelnika. Ta książka wciąga nawet tych, dla których sztuka aktorska jest sprawą egzotyczną, wciąga mimo, iż nie ma w niej sensacyjnej akcji, a bohater nie ma sobie nic z gwiazdy oświetlanej zewsząd jupiterami.


Jego myślenie śledzi się jak intelektualną przygodę człowieka powracającego do źródeł i utwierdzającego się wciąż na nowo w swych wcześniejszych przekonaniach. Wśród tychże źródeł są rzeczy pozornie oczywiste - dobroć, mądrość i świadomość wyzwań stawianych przez los... Jest też i wciąż odnawiana konstatacja mistrza, iż na początku było słowo i że ono właśnie było źródłem jego – jak sam to nazwał - „energii aktorskiej”. Nie zabrakło też przeświadczenia, że zdolność „dawania siebie bez zastrzeżeń i ograniczeń oraz czerpania z tego satysfakcji” stanowi o istocie nie tylko człowieczeństwa, ale i aktorstwa. Bagatela!...


Obraz lumix 1 022 Autor: Andrzej Józef Dąbrowski


Reblog this post [with Zemanta]

środa, 15 kwiecień 2009

Fred Apke - Dialog

2381252988_93383db359

No tak, śnię o kobietach, o kilku konkretnych. Spotykam  się z nimi nocą i prowadzimy dialog. Marzę o takim dialogu z kobietą, jaki usłyszałem, ujrzałem na scenie Fortu Sokolnickiego w sztuce Freda Apke "Pan baron przychodzi boso i płaci guzikiem".Chcę być takim facetem jak poeta i baron Joseph von Eichendorff i spotkać taką kobietę jak Marie, ciężko doświadczoną przez los, a przede wszystkim przez ludzi. Chcę we śnie, a nawet może na jawie prowadzić takie właśnie rozmowy, które otwierają dusze i z których emanuje odwieczna ludzka miłość.

Jeśli ktoś zobaczy Martę Klubowicz (Marie) i Roberta Mikę (Baron i poeta) na scenie, to w każdej chwili swojego zwątpienia uwierzy w teatr w całej jego wspaniałości i mocy, jaka kryje się w scenicznym dialogu. Przecież to pewne, że jeśli w głębokim mroku trafia się do jedynego naznaczonego światłem miejsca, to można spotkać kogoś, z kim warto, a nawet trzeba, głęboko spojrzeć sobie w oczy. Gdyby tak nie było – nie byłoby poezji, nie byłoby też życia.

Pan baron przyszedł boso (“każdy podróżuje, jak mu się podoba”) i ujrzał Marie, karczmarkę, tańczącą z wyimaginowanym partnerem wokół stołu. To naprawdę właściwy początek niezwyczajnej znajomości.

Początek może i dobry, ale poeta, jak to poeta zaczął się “rozwijać” wygłaszając różne nieco ekscentryczne opinie, czyli – po prostu według Marie – gadał jak diabeł, czyli wszystko właściwie było w normie, a baron nie wypadł z roli kreatora intelektualnej i duchowej atmosfery:

  Diabeł jest jednym z głosów w boskim chórze, który dla nas śpiewa. Tego głosu nie chcemy jednak słuchać – bo nie moglibyśmy już robić takich pobożnych min! Ludzi fascynuje prawda, a nawet prawda budząca grozę – ale jeśli ją odkryją – uciekają w panice na odpust, żeby się rozerwać. Ratują swoje dobre samopoczucie. Bo kto lubi widzieć diabła w tym, co kocha?

Albo:

Widzi pani, trzy typy przetrwają w lesie dłużej niż inni: ci dobrze opancerzeni, ci szybcy i ci dobrze zamaskowani. Tych dobrze opancerzonych spotyka się na najwyższym szczeblu, tych szybkich na średnim, a zamaskowanych na najniższym.


Szczerze mówiąc (słowo daję) jest mi to bardzo bliskie mentalnie, to Apkego-Eichendorffa przygotowanie klimatu do nawiązania moich najistotniejszych więzi z kobietami, do rozpoczęcia cienkiego dialogu, który przechodzi w fazę duchowego, ale i fizycznego zbratania, w ciąg emocji najwyższego rzędu, a w efekcie prowadzi do najważniejszego porozumienia dwóch ludzkich istot.

Wyszło mi dość długie zdanie, ale naprawdę sporo kwestii nim załatwiłem. Przede wszystkim mówiąc trochę o sobie (to u mnie nawyk), opisałem najtrafniej, jak potrafiłem zawartość sztuki, treść pięknego dialogu, rdzeń mikro-kosmosu tego utworu. I w tej spirali zbliżenia poety i Marie zawierają się również ich osobiste tragedie. Dotknięci nimi, otwierają się ku sobie jak kielichy smutnych kwiatów. Nie ozdobnych, nie skrzących kolorami.

Jemu zmarła ukochana, dwuletnia córeczka – ot, tak nagle – z dnia na dzień.

W nieskończonym bólu wybrał samobójstwo jako ukojenie. Chciał dać się porwać wzbierającej rzece, ale ktoś lub może coś w nim wyzwoliło piekielną wolę życia. Raził tą wolą spieniony nurt i wyrwał się na prawdziwy, nie metaforyczny brzeg. I rozpoczął - tak jak stał – mokry i bez butów, wędrówkę ku ciemniejącemu w oddali miastu, aby w końcu trafić na światło i Marie.

I Marie ma swoją historię, a jakże:

    Byłam jeszcze młodą dziewczyną, kiedy przyszli tu Francuzi. Wtargnęli do naszego domu, zamordowali moją matkę i ojca, zaspokoili się na moim ciele a kiedy już skończyli wylali na mnie zawartość olejowej lampy i zrobili sobie ze mnie ognisko, wokół którego tańczyli z butelkami w dłoniach.

    Nagle zjawił się w izbie młody francuski Leutnant, zdusił płaszczem ogień i zadźgał moich oprawców. Potem pochyliwszy się nade mną, wziął w dłonie moją twarz i przez łzy powiedział: Excuse moi. Ciągle powtarzał: Excuse moi. Aż zemdlałam i jego głos zniknął w ciemności. Prawie rok mnie pielęgnował. Leżałam w jego pokoju. Sprowadzał najlepszych lekarzy, przynosił mi wszystko – i zawsze łagodnie i czule do mnie przemawiał – ale nie jak zakochany mężczyzna – nie – z dobrocią, która wszystko przenikała, rozświetlała i nie chciała nic w zamian. Nigdy – nie zrobił najmniejszego gestu, aby się do mnie fizycznie zbliżyć. Po prostu ze mną był, ze swoją dobrocią i wielkodusznością, uczył mnie francuskiego, a wieczorami czytał najrozmaitsze historyjki, z których tylko niewielką część mogłam zrozumieć – ale nigdy nie chciałam, żeby przestał – bo tak kochałam słuchać jego głosu. Czasem sprowadzał swego ordynansa, który umiał grać na klawikordzie.

    I tańczyliśmy. Kiedyś go zapytałam, dlaczego to wszystko robi? Czy się wstydzi za swoich rodaków, którzy mi zrobili krzywdę? I on odpowiedział: Tak, że się wstydzi, ale nie za rodaków. Potem musiał iść z wojskiem dalej, na bitwy w inne kraje. Zanim wyruszył zabezpieczył mnie w pieniądze i obiecał, że wróci tak szybko, jak tylko będzie mógł. I tak też zrobił. Ale ten człowiek, który przede mną stanął był już tylko cieniem samego siebie. Co prawda z głębi oczu wyzierała jeszcze ta dobroć – ale duch i ciało były złamane. Wstał i powiedział: tak bardzo się wstydzę. I wyszedł z pokoju. Następnego dnia rano, znalazłam go powieszonego. – Od tego czasu spotkało mnie wiele okropności, kiedy potrzebowałam oparcia w Bogu, aby przetrwać – i zawsze były to jego oczy, które świetliste, wyłaniały się z ciemności i słyszałam głos, który mówił: Excuse moi. Excuse moi…


No, tak – możemy powiedzieć, że ta para musiała, a przynajmniej powinna się spotkać, gdyż tak właśnie spotkać się jest sprawiedliwie i słusznie. Zdaję sobie sprawę z niebywałej wątłości tej opinii, ale mam moc sprawczą jej wygłoszenia i nikt mi tego przywileju nie odbierze. Dlatego powtarzam, tak musiało się stać i tak jest sprawiedliwie. I niech mi nikt nie wytyka życzeniowego myślenia, bo ono jest uprawnione, jak każde myślenie, a na pewno bardziej niż bezmyślność i dystans do uczuć.

I tak jak w najbardziej uzasadnionym i mądrym romansie się zdarza, poeta i Marie tańczą do wyimaginowanej muzyki. Ten taniec należy się i nam i im. - “dancing to the end of love and life”. Mnie się on należy szczególnie, bo myślę i czuję, jak tych dwoje, bo oni są we mnie.

I jak tu napisać o aktorach, żeby nie popaść w tępy zachwyt teatromana? Nie wiem doprawdy, jestem w poważnym kłopocie znalezienia słów na wagę.

Marta Klubowicz gra tak, jaką powinna być kobieta z moich snów, z którą prowadzę dialog o życiu, duszy, miłości. Taka jest bowiem siła twórcza tej artystki i to jest najpiękniejsze w jej grze, że świat jej się słucha niczym niesforny bachor.

Kiedy jej Marie pokazuje poecie swoje blizny po oparzeniach, wiemy doskonale, że ciało ma poparzone, ale zdołała ocalić w sobie wierzącego w ludzkie dobro człowieka. Samotna, może bezdzietna, ale otwarta na uczucia, gotowa żyć w najbardziej żywy sposób, jaki tylko możemy sobie wyobrazić. Tak, to widzę w jej dojrzałej, głębokiej roli. Nie dodam nic więcej, gdyż chyba brak mi siły opisu.

Mieszkającego od ponad dwudziestu lat w Berlinie Roberta Mikę widziałem pierwszy raz i mogę uczciwie powiedzieć, że bardzo dobrze się stało, iż go nareszcie zobaczyłem. Gra bardzo wewnętrznie, kreowane przez niego nastroje wahają się od pewności po skrajną niepewność, jego gesty i nieco kanciaste ruchy stanowią samoistną poezję poszczególnych scen.

Jeśli piszę w tonie nader osobistym, że chciałbym być takim facetem, jak grany przez Roberta Mikę poeta, to już żaden opis nie jest mi potrzebny. Znaczy to bowiem, że aktor jest jednocześnie mną samym, to znaczy, iż jestem zamiast niego na scenie i rozmawiam z Marie w sposób ostatecznie istotny. Dziękuję mu serdecznie za obecność w moim życiu.

Jak to dobrze, że Fred Apke zakochał się w Polsce i Polce. Zyskaliśmy bardzo dobrego dramaturga i reżysera. Jego twórczość już bogata, a jeszcze nie całkiem znana dostarczy nam dużo satysfakcji, a jego prosty, bezpretensjonalny, a przede wszystkim adekwatny sposób reżyserowania nie umknie naszej uwadze. Jestem o tym głęboko przekonany. Ale jeśli go kiedyś spotkam, to wtrącę kilka słów na temat napięć czysto literackich w nawet bardzo dobrym tekście. Tak też mam. Czasami się mądrzę, jak jakiś intelektualista, czy ktoś w tym dziwnym rodzaju. W każdym przypadku dobrze, że Fred Apke jest u nas. Podobno zaczął naukę polskiego.

Marta Klubowicz, Robert Mika, Fred Apke i Joseph von Eichendorff (znakomity poeta niemieckiego romantyzmu, tłumaczony przez Martę Klubowicz dla jednego z wydawnictw) – i już mamy teatr na miarę naszych niecierpliwych oczekiwań
.

Reblog this post [with Zemanta]

poniedziałek, 6 kwiecień 2009

Surrealistyczna wizja końca neo-liberalizmu

Artyści nie próżnują. Ten filmik w dość jaskrawy sposób, jak w surrealistycznym horrorze pokazuje nam koniec ery neo-liberalizmu. Obraz jest wyrazisty i jego autor w sposób zabawny próbuje nas straszyć przy pomocy wampirowatego klauna. Wydaje się, że postać pajaca jest nader adekwatnym ideogramem zmieniających się czasów.

Reblog this post [with Zemanta]
My Photo

Strony zaprzyjaźnione (Friends Links)

Moje profile Web 2.0

Blog powered by TypePad
Member since 03/2007

Photo-Netart

FuelMyBlog

You can also visit me at
wojcicki.vox.com

Get Vox Now.

Twitter Updates

    follow me on Twitter

    Enter your email address:

    Delivered by FeedBurner

    CleverStat

    Human Rights

    • Blogerzy na rzecz Praw Człowieka
      Bloggers Unite

    INNE STRONY bloga - Pages

    Katalogi

    Katalog Interpress