Czy
to my i nasz świat?
Czeka nas gęste,
klimatyczne przeżycie. I tym razem nie dostarczy nam go żaden
malarz, plastyk czy znamienity grafik, ale skromny, choć znany
litewski artysta fotografik – Aleksandras Macijauskas.
Artysta należy do
współtwórców litewskiej szkoły
fotografii artystycznej Podobnie jak inny wielki fotografik Antanas Sutkus. Przedstawiciele tego nurtu
pozornie prezentowali postawę skrajnie realistycznych kronikarzy
rzeczywistości. Ale wielkość ich dokonań polega
na tym, że w niezauważalny niemal sposób potrafili
wykreować mitologiczny wizerunek powszedniego życia. Tak
jak hipnotyzer potrafi zasugerować swemu medium odmieniony obraz
jakiegoś zwyczajnego przedmiotu, tak oni tworzą atmosferę
odmienności sytuacji całkiem zwyczajnych. A to przecież
są czary – co do tego nie ma wątpliwości.
Aleksandras Macijauskas
urodził się w Kownie w 1938 r.
Publiczność miała
sposobność oglądać jego prace na wielu wystawach
zbiorowych i ponad 50 wystawach indywidualnych na całym świecie.
Już w latach
60-tych rozpoczął pracę nad swoimi znakomitymi
projektami fotograficznymi, które kontynuuje do tej pory,
uzupełniając je nowymi fotogramami.
Jedną z najbardziej
znanych jest seria zatytułowana „Jarmarki”
(Lithuanian Countryside Markets ), prezentująca obrazy
zanikającego już świata drobnego handlu, okazjonalnych
pogwarek, ważnych spotkań lokalnej społeczności,
parafialnego obiegu informacji, no i przede wszystkim galerii
wspaniałych typów ludzkich, ich codziennych i odświętnych
gestów.
Oto wśród
grupki wiejskich kobiet widzimy małego chłopca w
przekrzywionych tanich okularach i z niemniej wykrzywionymi (chyba
jednak ze szczęścia?) ustami, dźwigającego potężny,
okrągły bochen chleba. Obok stoi kobieta z zasępioną
twarzą i niepewną miną, ściskająca w obu
dłoniach „chudą” portmonetkę. Podjęła
decyzję i ma chleb, ale i tak jej ciężko na duszy.
Na przykład
stragan, a na nim waga,a na jej szalach jakieś pomidory czy
cebula. Niby nic się nie dzieje, ale ludzie skupieni wokół
kramu wpatrują się z niesłychaną w uwagą,
czy przyrząd złapie pożądaną równowagę,
czy też okaże się zawodny. Wiadomo, że od
solidnego zważenia zależy satysfakcja sprzedających,
kupujących, ale przecież i świadków.
W serii prac „Veterinary
Clinic” mamy sceny z pogranicza życia i śmierci
nieraz dość naturalistyczne, często wieje grozą.
Chciałoby się spytać, czy ludzie w szpitalu sprawiają
podobne
wrażenie opuszczenia w nieszczęściu w chwilach
brutalnego spotkania z ze sprawami ostatecznymi (a nie filozoficznej
randki i dysputy o zagadnieniach eschatologicznych). Ale dramat nie
wybrzmiewa jednym tonem. Wystarczy popatrzeć na lekarkę
weterynarii badającą w ogrodzie zoologicznym maleńkiego
ptaszka, mniejszego od ucha, którym go osłuchuje. No i
chyba się uśmiechniemy.
Czyjaś śmierć
wywołuje ból i zadumę, ale może też
refleksyjny spokój i rodzaj przewrotnego ukojenia. Na jednym z
najpiękniejszych fotogramów serii „Parting”
widzimy starego człowieka pochylonego nad przydrożną
studnią, wspartego o cembrowinę, ze wzrokiem skierowanym w
otchłań. Na korbie wisi puste wiadro, czekające na
napełnienie. Mężczyzna patrzy wgłąb studni.
Czy dostrzega życiodajną wodę? Na drugim planie, w
niewielkim zagajniku dostrzegany kondukt pogrzebowy, nieco
zdezorganizowany przez nieustępujące ludziom drzewa. A tu
mężczyzna odłączył się od tłumu
żałobników, aby na chwilę mocno wesprzeć
sie o cembrowinę. I tak można, i tak trzeba stawiać
ważne pytania. Jeśli jest się mistrzem.
Trzeba jeszcze wspomnieć
o fotograficznych anegdotach („Photo Anecdotes”), gdyż
pomysł to i wykonanie najwyższej próby.
Dużo w nich powszedniej
i pospolitej golizny, piękna bezpretensjonalnych przedstawień
i bardzo
atrakcyjnej codzienności. Z dużym zrozumieniem i
skwapliwą akceptacją patrzymy na nagie piersi i ręce
kobiety, ścierającej na tarce jakieś jarzyny, bo
przecież jasne, że nie widzi ona najmniejszego powodu do
przyodziewania się przed tak drobną i rutynową
czynnością. Dobrze się też poczujemy towarzysząc
gołej parze w średnim wieku przy porannych ćwiczeniach,
polegających na rozciąganiu expandera.
Sceny w parach obywają
się w otoczeniu domowym, naturalnym, przecież w takich
okolicznościach też nas ciągnie do siebie.
W ikonografii sceny
takie ukazywane są przeważnie jako niezwyczajne, odświętne,
należące do wydzielonego czasu zabawy. A tymczasem na
fotogramach są one tak uroczo i zmysłowo zwyczajne, jak
zwyczajne (a może nadzwyczajne) jest powszednie życie.
Dla Aleksandrasa
Macijauskasa po raz pierwszy zrezygnujemy z poprawnej politycznie
postawy przyznawania widzom absolutnego prawa wyboru do pójścia,
gdzie tylko zapragną. Po prostu muszą oni odwiedzić
Małą i Starą Galerię.
PS. Z mojej recenzji, opublikowanej na łamach "What's up in Warsaw"