Historia - History

sobota, 27 czerwiec 2009

Alina Cała i ja - w akcji

alina_calaTo było dziesięciolecie Marca'68 czyli jak łatwo obliczyć miało to miejsce w marcu 1978 r. Nie mieliśmy jeszcze trzydziestki, za to w głowach i sercach tkwiła pamięć pierwszego dorosłego doświadczenia politycznego, studenckie Wypadki Marcowe.

Nie pamiętam, czy wiedziałem jakie były w wymiarze szczegółowym doświadczenia mojej koleżanki z Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk. Natomiast ja pamiętałem doskonale mur niechęci i zbywania mnie przez funkcyjnych pracowników nader upartyjnionej Szkoły Głównej Planowania i Statystyki, którzy byli głusi na moje prośby o egzaminacyjne sprawdzenie moich umiejętności. Pamiętam też te śliskie pół-uśmiechy uciekających przed rozmową ze mną urzędników. Wyleciałem więc pierwszy raz z uczelni, a dopiero po roku dowiedziałem się kanałami zaprzyjaźnionymi, że potraktowano mnie jako Żyda, spokrewnionego z jednym z prominentnych komunistycznych dziennikarzy o tym samym nazwisku. Dziwiono się, że jeszcze mój Ojciec pracuje, a my w ogóle tu jesteśmy.

Miałem więc marcowych siepaczy w żołądku oraz zyskałem dotkliwe ostrzeżenie przed antysemityzmem na całą moją prywatną przyszłość.

Instytut Historii PAN zorganizował skromną i zupełnie nie promowaną naukową konferencję wewnętrzną na temat wydarzeń sprzed 10 lat. Przybyli tylko nieliczni, a więc zajęliśmy niewielką salę z efektownym okrągłym stołem przy którym wszyscy się zmieścili.

Wysiadłem z autobusu pod kościołem św. Anny na Krakowskim Przedmieściu i natknąłem się na Alinę Całą. Drogę na Rynek Starego Miasta do Kamienicy Książąt Mazowieckich przebyliśmy razem, rozmawiając o czekającym nas wydarzeniu.

Alina wyznała, że bulwersuje ją fakt, iż kilku pracowników naukowych Instytutu, którzy odznaczyli się paskudną gorliwością w wywalaniu swoich kolegów z pracy i demaskowaniem ich pochodzenia oraz specjalną dyspozycyjnością wobec reżymu funkcjonuje sobie w najlepsze w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, korzystając z ochrony władzy.

I że to jest koszmar nie do przyjęcia, i że należy o tym głośno powiedzieć na forum konferencji. Całkowicie się z tym zgodziłem, padły nazwiska antypatycznych sług systemu. Nie miałem jakichkolwiek zastrzeżeń do opinii formułowanych przez Alinę, osobę sprawnie i logicznie uzasadniającą swoje sądy. Poparłem ją z całym przekonaniem.

Kiedy Alina Cała zaczęła mówić, w gronie prowadzących zebranie zaczęło coś syczeć i się skręcać. Niektórzy zaczęli się nerwowo oglądać na boki i kręcić na wygodnych przecież krzesłach. Słowa jej brzmiały zdecydowanie i nie pozostawiały wątpliwości, co miała na myśli, wymieniając i opisując zachowanie pro-reżymowych uczonych. Zaproponowała uchwałę, którą konferencja powinna przyjąć i uważam, że postąpiła jak najbardziej słusznie i odważnie (przypominam, że był koniec lat 70-tych). Zarządzono głosowanie - tylko my dwoje podnieśliśmy ręce za jej uchwaleniem. Byłem przerażony obojętnością zebranych, nie rozumiałem aż tak wielkiego strachu przed komunistyczną władzą i nie mogłem tego zaakceptować.

Zniesmaczeni reakcją naukowców i pełni dla nich politowania wracaliśmy przez Plac Zamkowy w kierunku przystanków autobusowych.

Potem w ciągu wielu lat dość rzadko, ale jednak spotykaliśmy się w przelocie na jakichś większych "spędach" (ostatnio około 2 lat temu w lokalu Stowarzyszenia Wolnego Słowa). Zawsze ja29z uśmiechem mówiliśmy sobie cześć. Nie wiem, czy Alina pamiętała naszą obecność na wspomnianej konferencji, ale ja miałem to wydarzenie zawsze w dobrej pamięci.

Wiemy przecież - tak mi się wydawało - oboje, że nie można mówić, że wszyscy Żydzi są tacy, czy owacy, że robili to czy tamto. Bo nie wszyscy - tyle, tylko tyle i aż tyle. Jestem przekonany, że dotyczy to ludzi wszystkich narodowości i wyznań. I że to oznacza m. in. tolerancję, i że to nas łączy.

A Ty mówisz teraz i powtarzasz, że wszyscy Polacy zawinili śmierci 3 milionów żydowskich współobywateli. Wygłaszasz jawnie rasistowską opinię publicznie w biały dzień, pod moim bokiem?

Alinko, o co chodzi, co się stało w Twojej głowie i sercu? Krzywdzisz ludzi, wyznających równouprawnienie narodów w sposób bezwzględny. Stajesz w szeregu siewców nienawiści, pośród tych, którzy nadal chcą skłócić obywateli jednego Państwa, mieszkańców jednego Świata?

No, jasny gwint. Dziewczyno, co Ty... ?

Alinko, mam nadzieję, że przy najbliższym - jak zwykle - przypadkowym spotkaniu wytłumaczysz mi to z ręką na sercu. Bo jestem, psiakrew, wściekły i- co gorsze - zdezorientowany.


Na stronie Piotr Wójcicki - Długa rozmowa pod tym wpisem znajduje się sporo plików PDF o Marcu'68 do ściągnięcia i poczytania. Zapraszam.


piątek, 1 maj 2009

Śmierdzący wehikuł czasu

No i co? Chcecie cofnąć się wehikułem czasu klikaset lat wstecz? Na pewno? E!? Jednak tak? Dobrze, ale na własną odpowiedzialność. Nie mam zamiaru przyjmować później pretensji, że wyobraźnia Wam sie nieco popsuła i jakby spsiała. Jedziemy!

Kiedy oglądacie jakiś niebywale atrakcyjny film historyczny, albo czytacie ciurkiem przez wiele godzin powieść historyczną pełną przygód i niesamowitych sytuacji, a także wspaniałych opisów przyjęć, audiencji królewskich, posiedzeń szacownych gremiów, to 6952_1158731630_e6fe_d pewnie nieraz wzdychacie i myślicie “Jakże wspaniale byłoby się tam znaleźć i być świadkiem historii. Tak usiąść z tymi ludźmi przy jednym stole, rozmawiać, biesiadować, poznawać ludzi i okoliczności ich postępowania – jakie to frapujące byłoby, jak by to nas wzbogaciło”. To się nazywa, po prostu, marzenie.

Jeśli cofnęlibyśmy się o 200, 300 czy 400 lat zadziwiłaby nas przede wszystkim kompletna odmiana w zakresie tzw. wrażeń zmysłowych. Dzisiejszemu człowiekowi z miasta małego i dużego trudno byłoby się przyzwyczaić do owych wrażeń. A nawet powiedzmy sobie szczerze, nasz współczesny bliźni doznałby poznawczego szoku.

Zasiadłby nasz pełen dobrych chęci Świadek przy jednym stole, wśród biesiadników, na rzeźbionej ławie i po minucie wyprysnąłby gnębiony torsjami i zwiewał, gdzie rośnie pieprz. 

Odór spoconych, a nawet nie spoconych ciał biesiadników był przerażający, bez względu na ich pochodzenie społeczne. Owszem, poddawali się oni jakimś zabiegom kosmetycznym, ale niezbyt higienicznym. Czasami myli odkryte miejsca ciała, a więc ręce i twarz z przyległościami (stąd pewnie powiedzenie o myciu “na mały dekolt”), ale z naszego punktu widzenia byli absolutnymi brudasami. Nieraz używali do czyszczenia ciała korzenia mydlnika, który dawał nieco złudzenia, że ma się do czynienia z mydłem. Ale bez przesady. Mycie całego ciała było zebiegiem szalenie rzadkim, a polegało na zanurzeniu w wodzie i taplaniu się, co jak wiemy zapewne z własnego doświadczenia raczej brudowi nie szkodzi.

Jeśli taki gość lub pani raczyli się – Boże uchowaj – do nas uśmiechnąć, a liczyli sobie już 30 lub więcej lat, to mielibyśmy prawo do omdlenia nie tylko z powodu odoru, dochodzącego z ich ust. Ujrzelibyśmy koszmarne, nieregularne, czarniawe zęby, albo miejsca po nich, a więc szczerby. Żałoba za paznokciami była dość powszechna, zwłaszcza u polskiej szlachty, która zresztą szczyciła się również nie obciętymi, zapuszczonymi pazurami.

Kajetan Koźmian, właściciel klucza pięciu wsi, w swoich fascynujących pamiętnikach (szczerze polecam oczywiście z innego względu, a mianowicie jako znakomity tekst polityka konserwatywnego i zwolennika Królestwa Kongresowego. Pisał np. o kimś, kogo szanował: “Ale Bóg mu oszczędził bolesnego strapienia, uprzedził śmiercią ustanowienie Konstytucji 3 Maja…”.) daje nam opis Lublina w czasie sejmiku wyborczego do Sejmu w 1888 r.(zwanego później Czteroletnim). Z Podlasia nadciągnęła wielotysięczna rzesza drobnej szlachty zagonowej, aby wesprzeć swoich kandydatów. Rozbili się oni obozem pod miastem, a samikon_sejmik 003 Lublin został przez Podlasian zdominowany i co nieco sterroryzowany ich chuligaństwem, bowiem rąbali szablami bez powodu i potrzeby mimo, że wysyłano do ich przywódców grzeczne prośby “aby rozbujałych panów braci w porządku utrzymali”. Podczas licznych potyczek i bójek nieraz napadnięta szlachta uciekała z domów, namiotów czy karczm w skąpym odzieniu, w jakiejś bieliźnie, która zbrukana była odchodami bowiem zmiany tej części ubioru następowały wyjątkowo rzadko. Buty tej gołoty szlacheckiej śmierdziały dziegciem i wystawała z nich brudna słoma, co Koźmian precyzyjnie opisał.

Odór rozchodzący się w kościołach, w których odbywały się sejmiki nie przeszkadzał książętom Sapiesze czy Czartoryskiemu brać w nich aktywnego udziału. Wyjątkiem był król Stanisław August, który omal nie zemdlał w zetknięciu z panami bracią. Posłowie pijani jak bele wymiotowali tak w kościele, jak i pod jego ścianami na zewnątrz. Czy ktoś z naszych współczesnych wytrzymałby w takim towarzystwie? No, co jedziemy dalej wehikułem czasu? Jedźmy więc.

Ale zacznijmy od dnia dzisiejszego. Otóż w mojej podlaskiej wiosce, położonej naprzeciwko Drohiczyna, po drugiej stronie Bugu higiena jej mieszkańców jest w znacznie lepszym stanie niż szlachty XVII-XVIII- wiecznej. Gospodarz w ciągu tygodnia nie zmienia ubrania, zarasta brodą i myje, a raczej przemywa tylko ręce i twarz, czasami stopy i owszem używa mydła, ale oszczędnie. Mykwa całościowa ma miejsce w sobotę, a golenie w niedzielę. I tak w koło. W niektórych domach, ale w niewielu (bo większość do ładne, drewniane, podlaskie, niewielkie chałupy – ok. 35 metrów kwadratowych) są łazienki, ale to pomieszczenie wydaje się najbardziej zaniedbane, aż nie chce się tam wchodzić. Po pracy ubranie nie jest zmieniane, a jego wygląd przyprawia o żałość. Według wszelkiego prawdopodobieństwa taki model procedury higienicznej obowiązywał wśród XIX-wiecznej, wykształconej ludności miejskiej i może w dworach, ale niekoniecznie.

Tak więc postacie z komedii Michała Bałuckiego i Gabrieli Zapolskiej dbały o czystość na mały dekolt, dokonując zabiegów łaziebnych raz na tydzień. Codziennie natomiast zmieniano mankiety i kołnierzyki oraz golono się. Musiało wszystko więc tylko wyglądać czysto i nic poza tym. Wiemy przecież doskonale, jak może “pachnieć” człowiek po 5 dniach mycia wyłącznie odkrytych fragmentów ciała. Spróbujcie podczas wakacji, a przekonacie się boleśnie.

Mój stryjeczny dziadek Kazimierz Wójcicki opowiadał mojej Mamie o swej przygodzie z czasów młodości z lat 90-tych XIX wieku (miał wtedy dwadzieścia kilka lat). Jechał kiedyś ze starszą damą powozikiem w okolicach Tarnogrodu i na jakimś wyboju bryczka przewróciła się, dziadek wypadł z niej pierwszy na trawę, a dama okrakiem siadła mu z rozpędem na twarz, zakrywając mu ją wszystkimi spódnicami i długaśnymi majtkami. Konfuzja była wielka, a dziad Kazimierz z lekkim uśmiechem, skrywanym pod sumiastymi wąsami kończył opowieść: “Ale zapach był nietęgi”.

Już chciałem znów się cofnąć w czasie i opowiedzieć o higienie dam XVIII-wiecznych, ale postanowiłęm zjeść kolację, więc na tym skończę, aby kontynuować w następnym odcinku. Chyba, że zdecydowanie zaprotestujecie przeciwko odzieraniu historii z jej uroków.

Jeszcze tylko wytłumaczę się, dlaczego nie piszę przy tej okazji o Średniowieczu. Powiem tylko, że w XV-wiecznym Krakowie było dwieście kilkadziesiąt łaźni miejskich, natomiast w XVII wieku ich ilość zmniejszyła się wielokrotnie. Wraz z nowoczesnością upowszechnił się brud, cokolwiek by to znaczyło

.

ikon_sejmik

 


środa, 29 kwiecień 2009

O dziecku, które w igrze uraziło - Prawo Prusów, Prawo Ormiańskie

We wpisach "Perversa consuetudo", a zwłaszcza "Średniowieczna opinia o stanie zdrowia" omówiliśmy zagadnienie oględzin (wizji) pokrzywdzonego, który doznał uszczerbku na zdrowiu. Wizja dokonywana byłą przez wyznaczone prawem osoby, Kanclerz_jan_laski_krol_aleksander ale nie przez lekarzy. Kiedy więc i w jaki sposób medycyna profesjonalna zaczęła wkraczać do spraw, rozpatrywanych przez sądy polskie na przełomie Średniowiecza i epoki Odrodzenia?

Począwszy od pierwszej połowy XVI w. znaczenie wizji upad­ło,gdyż instytucja ta nie zapewniała dość dokładnego poznania sądu ze stanem faktycznym, a poza tym umożliwiała woźnym doko­nywanie nadużyć. Reakcję ustawodawcy stanowiła konstytucja z 1538 r., nakazująca dokonywania oględzin ran i obdukcji zwłok przez woźnych w siedzibie sądu grodzkiego lub ziemskiego (30). Równocześnie polecono wpisywać relacje z obdukcji i wizji do ksiąg sądowych. Od tej pory opisy zawarte w tych księgach zastąpiły zeznania osób bezpośrednio prowadzących badania.

Fakt, że ówczesny ustawodawca przywiązywał znaczną wagę do opinii wyrażających przeciętny,obiegowy zakres wiedzy medycznej, nie wyklucza obecności w materiale normatywnym medycyny profe­sjonalnej (lekarzy,lekarstw itp.). Przykładem dość ciekawego połą­czenia zagadnień z zakresu uszkodzeń ciała, oględzin i obecności medycyny jawią się artykuły Prawa Prusów, którego zwód dokonany w 1340 r. a prawo przyjęto na wiecu z udziałem ludności pruskiej i pomorskiej.

Uwzględniono w nim przestępstwa prze­ciwko życiu i zdrowiu, a więc rozmaite obrażenia, uderzenia, si­niaki, szramy, rany, krew, okaleczenia, złamania kości.

Artykuły lura Prutenorum są również przykładem prawnej re­gulacji wynagrodzenia lekarskiego. Rolę zespołu wyceniającego usługi medyczne spełniały osoby,którym rany zostały okazane ("ko­mornik i inni uczciwi ludzie").Tak więc "czynnik" Correctura_statutorum2 niefachowy ustalał ekwiwalent usługi lekarskiej, ale tylko do pewnej granicy. W niektórych bowiem przypadkach wycena pracy lekarza była przez ustawodawcę określona w sposób sztywny,a mianowicie w razie ciężkich obrażeń ciała (np. przy "pęknięciach głowy"). Wysokość wynagrodzenia była określona, ale i zróżnicowana w zależności od efektów kuracji. Grzywnę fenigów płacono w wypadku efektów pozy­tywnych,gdy natomiast, jak to określała ustawa,"pęknięcie otwo­rzyło się", a lekarz tego nie wyleczył, dostawał jeden wiardunek  "i nie wiecej".

Omawiany przez nas pomnik prawa zawierał dość ciekawą za­sadę pewnej autonomiczności procesu leczenia wobec meritum pos­tępowania procesowego. Strona składająca przysięgę na swoje ra­ny i okaleczenia, mimo przegranej, winna była zapłacić zaangażo­wanemu przez siebie lekarzowi. Natomiast zawsze zwrot kosz­tów leczenia poniesionych przez poszkodowanego ciążył na stronie, która zranienia dokonała.

Zbiory praw obejmujących swym zasięgiem stosunkowo niewielką liczbę mieszkańców, czy też obowiązujących na niewielkich sto­sunkowo obszarach, dostarczają sporo interesującego materiału na temat różnych aspektów obecności medycyny w ówczesnym życiu praw­nym. Widoczne jest to nie tylko na przykładzie Balzer_statut_ormiański lura Prutenorum, ale także Prawa Ormiańskiego, obowiązującego w ciągu XV wieku, spisanego w 1519 r., a od 1528 r. funkcjonującego w urzędowym tłu­maczeniu polskim. W tekście owego zbioru potraktowano łącznie zagadnienia odszkodowawcze, trwałe i nietrwałe uszkodzenia ciała i czynności lecznicze. Uwzględniono różnorodność sytuacji, w któ­rych mogły powstać obrażenia cielesne, co wynikało z kazuistycznego traktowania materii regulowanej normami.

Jako przykład przywołajmy artykuł "De pueris uno alterum laesere" ("0 dzieciach, które jedno drugie urazi"). Dotyczył on sytuacji,w której dziecko swego współtowarzysza "in ludo laeserit" ("w igrze uraziło"). Istotne, podobnie jak w innych pomni­kach prawa, było ustalenie uszkodzonej części ciała, przy czym trzy wymieniono przykładowo ("in quod membrum eum laesit, an in oculum, an in manum, aut in pedum") .Odszkodowanie ustalano bowiem wg. dotkliwości zranienia oraz "jakości członków" ("qualitatem membri"). Świadczenie to miało również uwzględniać nakłady na lekarstwa ("pro medicini") poczynione przez poszkodowanego.

Uwzględniono również fakt, że zadanie ran (np podczas bójki) mogło spowodować trwałe obrażenie ciała, a więc kalectwo. Mowa o nim była wtedy,gdy ranny po wyzdrowieniu chodził "cum corule alias z laską". Wtedy to winny zajścia oprócz kary pieniężnej musiał zwrócić koszt leków(37).

Zagadnienie trwałości choroby zawarte było w przepisach, tyczących utraty zdrowia podczas wykonywania prac, do których było się zobowiązanym. Informuje nas o tym treść norn umieszczony­ch w Prawie Ormiańskim pod tytułem "De iure cmethonum". Przypomniano w nich hierarchiczność świata, ponad dziedzicem znajduje się Pan wyższy i przeciwko Panu Bogu grzeszył ten, kto wskutek zmuszania chłopów do nadmiernego wysiłku spowodował ich obrażenia, a w najgorszym razie śmierć. Ale i prawo na Ziemi nie pozostawiało takiego postępowania bez konsekwencji. Pan był zo­bligowany do zapłacenia odszkodowania, a także zwrotu kosztów leczenia, gdyby kmieć "medicinis ex laesione evaserit" ("lekarstwy z obrażenia wyszedłby").


Kwalifikowaną formą opisanego wyżej czynu było spwodowanie takiego "laesio saluti" ('obrażenia zdro­wiu"), którego skutkiem byłaby "wieczna niemocność" ("imbecilitas peppetua").Wtedy to sąd miał skazać oskarżonego w taki sposób "quod iustitia suadebit" ("co sprawiedliwość będzie radziła")(39).

Przy rozpatrywaniu zagadnień związanych z przestępstwami przeciwko zdrowiu, a zwłaszcza czynów powodujących różnorakie uszkodzenia ciała, warto zauważyć specyficzną dla ówczesnego pra­wodawstwa konkretność ekspertyzy - ograniczenie jej do oznaczo­nych ściśle miejsc na ciele badanego. Jak to już w literaturze napisano, nie odczuwano, w tamtym okresie potrzeby badania całe­go ciała, w przypadkach, gdzie tylko szło o obrażenia pojedynczych części"(40).

Omówione wyżej kwestie nie dają nam nawet częściowej odpowiedzi na pytania tyczące wpływu stanu zdrowia na zdolność peł­noprawnego funkcjonowania osób fizycznych, kształtowania się zasad odpowiedzialności chorych, a także spraw opieki i spadko­brania.

Rozpatrując rozwój relacji "zdrowie - ważność czynności prawnych" wkraczamy w krąg rozważań obszerniej traktowanych przez literaturę niż wskazywałaby na to obfitość podstawy źródłowej. Za punkt wyjścia uważa się w tych rozważaniach is­tnienie wymogu zdrowia na ciele i umyśle. Spotykamy pogląd, że łączne traktowanieStatut__askiego___1 obu elementów zdrowia wynikało ze "zmysłowego pojmowania" rzeczywistości przez ludzi owych czasów, dlatego też odmawiano rozsądku osobom cierpiącym na dolegliwości fizyczne.

Prawo zwyczajowe kształtujące ten typ zależności ulegało stopniowo zmianie w ciągu XV w. czego efektem było utrwalenie częściowo zmienionych reguł w zbiorach będących zestawieniem prze­pisów wziętych m.in. z ustalonych zwyczajów, powstających w I-ej połowie XVI w. (Jan Łaski, Statut - 1523 r., Correctura statutorum - 1532 r.). Ustalenia te tyczyły osób zeznających przed sądem na okoliczność obowiązywania umów czy wpisów do ksiąg. W takich przypadkach sąd był zobligowany do starannego określenia, oprócz wieku zgłaszającego się, jego sprawności umysłowej (discretio bona). Jeśli strona nie posiada­ła powyższej cechy, dokonania prawne przez nią podejmowane nie były uwzględniane.


Statut_2

sobota, 4 kwiecień 2009

Alkoholizm intelektualny i polityczny

Doskonale wiadomo, co musi zrobić alkoholik, chcący zmienić swe życie na lepsze i wiadomo też, że innej drogi ku poprawie nie ma. Otóż musi wziąć na twarz prawdę Ja_u_ewy_sachs_1984 o swoim nałogu - ze wszystkimi takiego kroku konsekwencjami.
W przeciwnym wypadku pozostanie w beznadziejnie splątanej sieci fałszu i zaprzeczeń, i będzie nadal tkwił w stanie czynnej choroby.

Profesorowie i dziennikarze, tworzący lobby protestu antylustracyjnego i przeciwników składania oświadczeń wydają się być całkowicie odporni na tę wiedzę. Zachowują się jak zaatakowani faktami alkoholicy, zachowują się tak, jak ja bym się zachował dwadzieścia kilka lat temu, utwierdzając się w przekonaniu o własnej niezawisłości i integralności wewnętrznej, o jakości  nieskażonego "ja",  zagrożonego zewnętrzną  opresją.
Nie bez przyjemności poddając się alkoholowej gorączce miewałem chwile spotkań z jakimiś ludźmi z innego świata, ze świata, zwanego trzeźwym, nastawionymi krytycznie (aczkolwiek tolerancyjnie) do procedury, w jaką ująłem swoje życie. Ci najmądrzejsi z rozmówców nie oceniali mnie, a jedynie prezentowali oczywiste fakty, które jak najbardziej przemawiały przeciwko  mnie  - ujmijmy to górnolotnie - jako jednostce ludzkiej.
I jakże ja - intelektualny czaruś, salonowy "błyskotliwiec", chyba ze szczerą sympatią traktowany przez ludzi z tzw. towarzystwa, a jednocześnie ulubieniec meliniarzy i  niekoniecznie atrakcyjnych meliniarek z ulicy Dobrej, Łuckiej, Pereca i kilku ulic praskich z Brzeską na czele - a więc, i jakże ja reagowałem na oczywiste fakty i jeszcze bardziej oczywiste argumenty z owych faktów wynikające, wypowiadane Wrzesien_1968_ja_mariolabartold_michalgolaszewski przecież spokojnym głosem przez spokojnych, myślących ludzi???
Reagowałem totalnie - bezlitośnie ciąłem zarzutem agresji, skierowanej przeciwko mojej odrębności osobowej i jednostkowej niezależności. Miażdżyłem Bogu ducha winnego interlokutora przypisaniem mu zamiaru odarcia mnie ze wszystkich możliwych i niemożliwych atrybutów godności ludzkiej, wmawiałem mu niecny zamiar dokonania psychicznej, mentalnej i umysłowej "urawniłowki", obdarzałem go podejrzeniem o chęć dokonania kastracji wyobraźni, rozumu oraz wszelkich objawów twórczego indywidualizmu, a także o chęć napiętnowania mnie żółtą gwiazdą inności i wystawienia mnie zakutego w pręgierz na publiczną agorę.

Czułem rozpierającą mnie dumę z mojej śmiałej pryncypialności, z mojej absolutnej wyższości nad marnym sługusem rozumu, a może nawet pachołkiem - broń Boże - rozsądku.
Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że właśnie grzęznę w bagnie fałszu i zaprzeczeń - to bym mu pokazał, gdzie raki zimują i pewnie znowu odczułbym pełnię satysfakcji, jaką daje poczucie własnej wyjątkowości.

Jakimi torami podążały,  moje myśli (moje uzasadnienia), moje emocje czy raczej śladowe przebłyski uczuć, że tak to sobie zręcznie wszystko wykombinowałem na mój zafajdany użytek?

A co z kolei buzowało w owym nieszczęsnym księdzu Czajkowskim, że robił przez lat dwadzieścia kilka to, co robił, a potem przez ładny szmat czasu na różnych łamach i ekranie nadmuchiwał moralną banię z miną zadowolonego z siebie eksperta do spraw ogólnoludzkich? A jaką pompą szprycował się pisarz Szczypiorski, że znalazł w sobie tyle siły, aby prawić kazania, oświecające lud telewizyjny?

Minęły lata i mogę znów zapytać, co łyknęła tak lubiana przeze mnie Pani Profesor, jakim uraczyła się miazmacikiem, zmieniającym świadomość, aby wymyślić argument obronny w postaci określenia "profesor nie-agent", którym jakoby miałaby być napiętnowana, gdyby podpisała oświadczenie lustracyjne?
To tak, jakbym słyszał siebie sprzed lat, siebie tkwiącego w stanie, który uważałem za wyjątkowo mnie wyróżniający. Człowiek bez właściwości przyswajania faktów (no, dobrze - niektórych faktów).

Nastąpił jednak moment, że podołałem prawdzie i skwituję rzecz krótko - jest mi z tym znacznie (niebotycznie) lepiej.

Natomiast w sferze publicznej nastąpił moment, że niejaki Andrzej Olechowski wziął na twarz prawdę ze wszystkimi jej konsekwencjami (i kto by się tego spodziewał po tym niezwykle obytym, cynicznym salonowcu). Można go nie lubić za wiele cech, czy poglądów, ale okazał się jednym z niewielu trzeźwych na tej upojnej imprezie, zwanej życiem politycznym. Odcierpiał swoje - to znaczy z kamiennym spokojem przez kilka lat odpowiadał na pytania dziennikarzy na temat swojej agenturalnej przeszłości. Później wszystko umilkło i w ten sposób polityk ten odzyskał błogi spokój - jest kryty, nikt mu nic nie zarzuci, nikt mu krzywdy już nie zrobi, a co najważniejsze - on sam też nikomu już nie zaszkodzi
.

No, może wyszedł tu ze mnie skrajny optymista, ale niech tam.

Reblog this post [with Zemanta]

poniedziałek, 19 styczeń 2009

Profesor Bronisław Geremek: - Lech mówił prawdę.

Przełom listopada i grudnia 1988 roku w mieszkaniu prof. Bronisława Geremka na ul. Piwnej w Wywiad_z_geremkiem_pwa_edytowany-2 Warszawie. Siedzimy przy kawie, palimy tytoń (fajka i papierosy), a pies Skap drzemie w progu gabinetu. Rozmowa została opublikowana 9 grudnia tamtego roku na pierwszej stronie Przeglądu Wiadomości Agencyjnych (PWA) czyli tzw. Pawia, podziemnego tygodnika. Podpisalem ją - August Plate czyli nazwiskiem mojego, przybyłego z Alzacji prapradziadka. O ile mi wiadomo wywiad ten nie był nigdy nigdzie przedrukowywany, a więc postanowiłem go zawiesić w sieci. Może kogoś zaciekawi, choćby ze względów poznawczo-historycznych.


Rozmawiamy trzy dni po spotkaniu Lecha Wałęsy z Alfredem Miodowiczem.

Do ostatniej chwili przedsięwzięcie to stało pod znakiem zapytania. Lech Wałęsa zaakceptował warunki wysuwane przez telewizję, mimo odrzycenia wszystkich jego propozycji (m.in. odbycia spotkania w stoczni, w obecności robotników, rejestrowania jego przebiegu przez niezależną ekipę filmu "Człowiek z żelaza", pod kierownictwem Andrzeja Wajdy). Przy tej okazji niezwykle jaskrawo objawił się monopol państwowej telewizji, która odmówiła, na przykład, podpisania umowy, określającej prawa autorskie, dotyczące możliwości eksploatacji taśmy filmowej. Przewodniczący "Solidarności" zdecydował się na tę rozmowę, gdyż miał głębokie przeświadczenie, iż nie jest to w gruncie rzeczy spotkanie z Alfredem Miodowiczem tylko z milionamiGeremek telewidzów, ze społeczeństwem, któremu mógł oświadczyć, że nie chce takiej sytuacji, w której występowanie w TV jest li tylko przywilejem, a nie korzystaniem z przysługujących obywatelowi praw. Spotkał się w ten sposób również z młodymi ludźmi, któzy weszli do życia publicznego po 13 grudnia 1981 roku.

Wiele osób nieco starszych, pamiętających lata 80/81 zadawało sobie nerwowe pytanie: "jak wypadnie Wałęsa?".

Świadczyłoby to o tym większej potrzebie takiego kontaktu. Sądzę, że trzeba wyjść poza schemat prostego porównania obu uczestników spotkania. Znaczenie polityczne owej debaty polega na tym, że postawiona zostałą diagnoza obecnej sytuacji. Dialog, dotyczący tej sytuacji jest możliwy po legalizacji "Solidarności", czemu nadal sprzecxiwia się władza. Prawda ta dotarła do milionów ludzi, a ponieważ sprawa została jasno postawiona kierownictwo państwa musi dać równie jasną odpowiedź. Nie chciałbym się rozwodzić nad zaletami przywódcy Związku. Lech Wałęsa - po prostu - mówił prawdę, a w niej tkwi niezwykłą siła.

Pod wrażeniem przebiegu tego spotkania można zapytać, dlaczego władze "poszły" na taką imprezę?...

Myślę, że należy uwzględnić dwa elementy: pierwszy - to arogancja w połączeniu z pewnością siebie, drugi - to gra polityczna. Grupa z aparatu przeciwna spotkaniom Lech_walesa okrągłego stołu chciała poprzez przewidywaną przez nią kompromitację Wałęsy Miodo_a wykazać, iż nie ma sensu nawiązywać dialog z ruchem nie cieszącym się społecznym poparciem. Wszelkie takie zamysły zostały zniweczone przebiegiem spotkania.

A teraz parę słów o pierwszych skutkach i echach owego wydarzenia...

Oszołomienie władzy - oto natychmiastowy skutek. Pierwszej informacji PAP-owskiej towarzyszyła cenzorska blokada interpretacji - komentarze były zabronione, a te, któe ukazały się po paru dniach były nędznej jakości. Taka reakcja oficjalnych publikatorów jest właśnie świadectwem oszołomienia włądzy wynikłą sytuacją. Ekspert zajmujący sie problemami propagandy mógłby zorganizować seminarium na temat: "Jak tworzy się kłamstwo?", uwzględniając enuncjacje prasowe z ostatnich dwóch miesięcy m.in. dotyczące oświadczenia Episkopatu Polski, spotkania i przemówienia Lecha Wałęsy przed kościołem św. Brygidy w Gdańsku oraz relacje o komentarzach prasy zachodniej na temat spotkania Lecha Wałęsy z Alfredem Miodowiczem. Tymczasem reakcje prasy zachodniej jednoznacznie wskazują na wielkie zwycięstwo Lecha Wałęsy, ujmując często jego przewagę w kategoriach bokserskich, mówiąc o Med nokaucie. Najważniejsze, że szerokiej opinii publicznej na Zachodzie zostały przekazane argumenty Wałęsy wskazujące, iż wprowadzenie pluralizmu w Polsce nie grozi Europie destabilizacją, a wręcz odwrotnie może być czynnikiem stabilizującym, bowiem człowiek mówiący w imieniu polskiego społeczeństwa, proponuje rozwiązania kompromisowe. Poza tym stało się jasne, że propozycje "Solidarności" nienoszą charakteru antyradzieckiego i nie mierzą w politykę Michaiłą Gorbaczowa. Ze słów Wałęsy płynęło przesłanie, że bierność i Mikhail_Gorbachev_1987 stagnacja, charakterystyczne dla ekipy rządzącej jest sprzeczna z dynamiką polityki Gorbaczowa, że Polska traci swoją szansę. W rodzimej prasie oficjalnej elementy te nie zostały uwzględnione.

Co więc w tej niewyraźnej sytuacji dzieje się ze słynnym okrągłym stołem?

Nic się nie zmieniło. Od ostatnich dni września, kiedy władze cofnęły swoją decyzję (z początku września) o legalizacji "Solidarności", sprawa pozostaje w całkowitym zawieszeniu. Był taki moment, że władze wycofały się z warunków wstępnych (udział w rozmowach Kuronia i Michnika), aby doprowadzić do pozorowanego dialogu i ustawić się do kasy po pieniądze do zachodnich banków, jako nagrodę za rzekome spełnienie warunku dialogu z opozycją. Ostatnie spotkanie Lecha Wałęsy z ministrem Kiszczakiem nie przyniosło rezultatów - brak jest bowiem woli legalizacji "Solidarności". Myślę, że debata telewizyjna wskazuje, że nie jest to rozdział zamknięty. Miodowicz nie powiedział nic o okrągłym stole, ale zajął się tym Okragly_Stol_1989 zagadnieniem Wałęsa, wskazując kto i co blokuje rozmowy. Oznacza to, że władzy nie uda się uzyskać zgody na jakiekolwiek pozorowane negocjacje, natomiast jeśli są zainteresowane w prawdziwym dialogu, to wiedzą po tej debacie, że jest to możliwe pod warunkiem legalizacji "Solidarności".

Mówimy o legalizacji, negocjacjach, porozumieniu. Czy związek jest wewnętrznie przygotowany do funkcjonowania w tych układach, zarówno pod względem strukturalnym jak i wewnętrznych stosunków międzyludzkich (konflikt działacze - doradcy)?

Tegoroczne strajki kwietniowe i sierpniowe bardzo ożywiły Związek, wytworzyły ruch bardzo dynamizujący całą organizację. Przed sierpniem było pięćdziesiąt, a teraz jest 400 komitetów organizacyjnych "Solidarności". Są to struktury jawne, dobrze współpracujące ze strukturami konspiracyjnymi. Łączenie ich prowadzi do odnawiania instancji Związku, powracają też procedury demokratyczne na szczeblu komisji zakładowych i regionów. Sądzę więc, że Związek nie zmarnuje szansy, jaką niosłaby ponowna legalizacja zwłaszcza, że jest ona potrzebna dla zachowania solidarnościowej filozofii działania i charakteru masowego. Natomiast, co do drugiej części pytania... .
Myślę, że ten problem doradców Związku jest anachroniczny. Istniał przed kilku laty, ale doświadczenia późniejsze zmieniły układ rzeczy. Ci doradcy, którzy pozostali w Związku, mimo represji - są jego działaczami. Jest grupa ludzi, która uchyla się od uczestnictwa w pracy związkowej i stojąc nieco z boku ocenia, czy działania Związku są w interesie kraju czy nie. Głównym problemem nie jest kwestia różnic zdań między ekspertami a innymi działaczami, ale sprawa wyboru strategii działania: tradycyjnie kompromisowej lub radykalnej, zdobywającej uznanie młodej generacji wobec zapamiętałości i uporu władz.

Legalna czy nielegalna "Solidarność" ulokowana jest w mozaice różnych, właśnie rejestrowanych stowarzyszeń i to przeważnie skrajnie prawicowych i nacjonalistycznych. Znamienne jest akceptowanie przez władze komunistyczne owej totalitarnej inicjatywy prawicowej przy jednoczesnym tłumieniu przedsięwzięć demokratycznych i reformatorskich. Jaki jest Pana pogląd na tak rysujące się społeczne tło działania "Solidarności"?

Patrzeć na to zjawisko trzeba rozsądnie i trzeźwo. W tej chwili władze rzeczywiście promują ugrupowania skrajnie prawicowe. Powstało stowarzyszenie endeckie "Słowo i Czyn", wydano "Gazetę Warszawską". Jednak w warunkach pluralizmu i wolności stowarzyszania się sytuacja ulegnie wyrównaniu. Podstawowe natomiast jest pytanie o stan nastrojów społecznych. Polska jest krajem chorym nie tylko w dziedzinie politycznej i gospodarczej, ale również w sferze społecznej społeczno-psychologicznej. Polacy mają poczucie głębokiej frustracji, gdyż nie stanowią o swoim losie. To, co obserwujemy jest rezultatem funkcjhonowania i rozpadania się systemu autorytarnego. Możliwość uzdrowienia zaistniałej sytuacji pojawi się w chwili likwidacji monopolu politycznego i ukształtowania się instytucji Geremek2-large przedstawicielskich. Zagrożenie nacjonalistyczne minie, zostanie pozostawione na drodze budowania niepodległego społeczeństwa i państwa.

Brzmi to uspokajająco. Zwłaszcza, że te organizacje, mające w tej chwili wyłączność na legalne działanie cieszą się rosnącym poparciem hierarchii Kościelnej... .

To jest diagnoza niesłuszna i nietrafna. Kiedyś władza dążyła do uzyskania partnera w postaci partii chadeckiej i istniały grupy gotowe spełnić to zapotrzebowanie. Nie zostało to zamierzenie rządu zrealizowane, gdyż nie życzył sobie tego Kościół. Poza tym trzeba pamiętać, że mamy do czynienia z pewnym naturalnym i normalnym procesem, mianowicie społęczeństwo, gwałcone w swoich prawach narodowych, rewindykuje te prawa. Nie należy się tego obawiać: w pierwszych dwóch wolnych wyborach można się pozbyć kłopotu, sprawianego przez demagogów. Wystarczy sobie przypomnieć, jak spod rządów dyktatury wyzwalały się Hiszpania i Portugalia. Nie przywiązywałbym większej wagi do zjawisk tyle marginalnych, co krzykliwych. Ważne, że wszystkie ugrupowania optują za legalizacją "Solidarności", istnieje bowiem przekonanie, że wobec systemu totalitarnego powinien występować ruch masowy. Paradoksalnie, elementem walki o pluralizm jest jedność społeczeństwa, a tę jedność aspiracji i dążeń wyraża "Solidarność"
.


                                                                    Rozmawiał : Piotr Wójcicki (August Plate)

PWA z 9 grudnia 1988 roku (Rok V, nr. 168)

sobota, 4 październik 2008

Mateusz Wyrwich - Norwegia czyli poparcie z lewej i prawej strony

Norwegowie pomagali nam w przełomowych dziejach. W czasie Powstania Listopadowego, jak również Styczniowego. Przygarniali do siebie i otaczali wielkim szacunkiem popowstaniowych 120px-Coat_of_Arms_of_Norway.svg uchodźców. Podobnie zachowywali się podczas wojny wypowiedzianej Polakom przez komunistyczny reżim trzynastego grudnia 1981 roku.


Wiele mówi się i pisze o pomocy Polsce w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku ze strony przywódców i obywateli USA, Francji, Szwecji,Norwegia_flaga Niemiec, czy Włoch. Prawie nic, albo nic o pomocy z Norwegii. Tego niewielkiego, bo ledwie czteromilionowego, choć zamożnego, narodu żyjącego na rozległym terytorium położonym nad Morzem Norweskim. Z ludźmi o pięknym i szlachetnym sercu, którzy potrafili w ciągu tygodnia zebrać dwa miliony koron dla Polski. A było ich stać nie tylko na jednorazowy wysiłek, ale też na stałą i systematyczną pomoc, aż po czas uzyskania przez Polskę niepodległości. Otaczali opieką zresztą nie tylko ludzi walczących o niepodległość RP. Nieśli pomoc przede wszystkim osobom niezamożnym. W czasie pierwszej legalnej Solidarności przysyłali do Polski nawet krowy, które za pośrednictwem NSZZ Solidarność Rolników Indywidualnych trafiały do rolników za darmo. Po wprowadzeniu stanu wojennego komunistyczny rząd, mimo protestów Norwegów - sprzedawał je chłopom.

Solidaritet Norge - Polen

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku obywatele norwescy niewiele wiedzieli o Polsce. Podobnie jak my o Norwegii. Peerelowskim korespondentom nie było na rękę przekazywanie pozytywnych informacji o naszym północnym zamożnym sąsiedzie, którym – o, zgrozo – rządzili co pewien czas socjaliści. Rezydujący w Polsce norwescy korespondenci lewicowych mediów też nie przekazywali swoim czytelnikom prawdziwego obrazu Polski komunistycznej. Traktowali nasz kraj jako miejsce długiego urlopu. Jedynie elitarne pisma prawicowe, jak „Morgenbladet”, czy „Kontynent Skandynawia” obraz Polski przedstawiały niezwykle rzetelnie.

Ta sytuacja zaczęła się stopniowo zmieniać dopiero od 1980 roku, kiedy to do opinii publicznej w Norwegii docierały materiały niezależnych norweskich publicystów informujące o strajkach w Polsce. O powstaniu Solidarności i jej programie.

Nawiązanie bliskich kontaktów z niezależnymi związkami zawodowymi stało się podstawą przyjaźni na długie lata osiemdziesiąte. I powołania przez Norwegów, w kwietniu 1981 roku, 6222e3c815 niezwykłej organizacji jaką była Solidaritet Norge-Polen. [Solidarność Norwegia-Polska]. Powstała ona mimo oporów lewicowej norweskiej centrali związkowej i protestów ambasady PRL w Oslo. W ruch pomocy w walce o niepodległość zaangażowało się tysiące Norwegów organizując manifestacje, zbiórki pieniędzy. Dostarczając tony darów i sprzętu poligraficznego, co w stanie wojennym często narażało wielu z nich na aresztowania i utratę samochodów.

Godzina pracy dla Polski

Po powrocie z sierpniowych strajków 1980 roku w Polsce grupa związkowców, intelektualistów, Norwegów i Polaków, podjęła pierwszą akcję pomocy powstającej Solidarności pod hasłem „Daj godzinę pracy dla Polski”. W ten sposób zebrano dwieście tysięcy koron. Dzięki tym funduszom, o czym dziś mało kto wie, mnóstwo komisji zakładowych NSZZ Solidarność otrzymało sprzęt poligraficzny. Słano również do Polski lekarstwa, artykuły chemiczne.

Zaraz po wprowadzeniu przez komunistów stanu wojennego, 13 grudnia, pod peerelowską ambasadą w Oslo zgromadziły się tłumy. W kilka dni później na ulicach wielu norweskich miast miały miejsce demonstracje potępiające komunistyczny reżim w Polsce. Pod ich wpływem również lewicowy rząd norweski potępił wprowadzenie stanu wojennego. „Reakcje rządu norweskiego na sytuację w Polsce zaostrzały się jednak i to czasami w sposób niespodziewany: na początku stycznia okazało się mianowicie, że Norwegia była jedynym krajem NATO, który wystąpił z oficjalnym memorandum wobec wszystkich KS [krajów socjalistycznych] z protestem i krytyką wydarzeń w Polsce i wpływu ZSRR na te wydarzenia”.*

Wsparcie dążeń niepodległościowych Polski przez Norwegów zwielokrotniło się w kolejnych dniach stanu wojennego. O pomoc zaapelował wówczas nawet sam król Olaf V. Do Polski napływały pieniądze przekazane z Norwegii: „Caritas od początku stycznia [1982] zebrał milion. Kirkens Nodhjelp, organizacja dostarczająca dary dla protestanckich kościołów2910845012_2979ef7621_o w Polsce piętnaście milionów[…]Norsk Folkehjelp trzy i siedem milionów, a rząd norweski dał im dodatkowo cztery miliony[…]”. O ciekawej inicjatywie opowiedziała Barbara Tubylewicz-Olsnes**), „Jenny Andersen pracując przez całą zimę, zrobiła na drutach worek ciepłych skarpet dla dzieci i zwróciła się 2910851928_e50796b659_o do Caritas Norge z prośbą o pomoc w dostarczeniu ich dla rodzin wielodzietnych w Polsce”. „Norwegowie chętnie zgadzali się uczestniczyć w naszych akcjach, nie tylko charytatywnych, ale kulturalnych i politycznych, dawać nazwiska, pieniądze. Ławo było dotrzeć do znanych osób, każdy kogo się prosiło o pomoc, reagował życzliwie”.

Po latach wszyscy bohaterowie wydarzeń z lat osiemdziesiątych zgodnie zapewniają, że warto było się trudzić. Jon Simen Overli wyjaśnił to krótko : „Solidarność przyszła nagle[…]z wizją społeczeństwa, która nam się spodobała. I myśmy uznali, że to pasuje do naszych ideałów. Zawsze było tak w Norwegii, że poparcia udzielała albo prawa, albo lewa strona, a Solidarność to przełamała , bo dostała poparcie i lewej i prawej […]”.„Przewodnik Katolicki, 2005]

______________________

*cytaty pochodzą z książki: Jan Strękowski, Bohaterowie Europy, Norwegia - Polsce 1976 - 1989,Bohaterowie_europy   Wydawnictwo Test, Lublin 2005, ss. 340,

**Barbara Tubylewicz Olsnes
Barbara Tubylewicz Olsnes, b. Poland, graduated and Ph.D. in psychology at
Warszawa University. Visiting scientist, 8 months, at A.R. Luria`s laboratory of
Neuropsychology at Neurosurgery Hospital in Moscow. Worked at The Polish
Academy of Sciences, Neurosurgery Department, in Warsaw and since 1974 at
Ullevaal University Hospital in Oslo, Norway.Teaches neuropsychology at Oslo
University.

Ze strony Instytutu Pamięci Narodowej:

Prawdziwym fenomenem stanu wojennego był ruch na rzecz pomocy Polakom, jaki spontanicznie rodził się w wielu krajach. Wyjątkowe rozmiary przybrał w czteromilionowej Norwegii. Organizacja Solidaritet Norge-Polen (Solidarność Norwesko-Polska), która powstała zaraz po strajkach sierpniowych w 1980 r., zrzeszała około 100 tysięcy osób. Praca w niej była misją, pasją, ale też przygodą dla wielu ludzi. Taką przygodę - głośną i w Polsce, i w 29 Norwegii - przeżyło małżeństwo Björg Svanström i Trygve Heide. Mam przed sobą "Notatkę do rozmowy w cztery oczy z ministrem Thorvaldem Stoltenbergiem", powstałą w Departamencie IV MSZ w Warszawie tuż przed wizytą ministra w Polsce w dniach 25 - 27 kwietnia 1988 r. Napisano w niej, że "S. (Stoltenberg) może poruszyć dwie sprawy interwencyjne". Jedna z nich miała dotyczyć należącego do obywatela Norwegii o nazwisku Trygve Heide "minibusu volkswagen (...) skonfiskowanego decyzją Kolegium ds. Wykroczeń przy Wojewodzie Gdańskim (za przemyt literatury bez debitu)". „Minibus solidarności” Rzeczpospolita 19.12.2005 r.

sobota, 20 wrzesień 2008

Nicolaus Copernicus - wybitny uczony i pruski agent

Zelektryzowała nas ostatnio wieść o odnalezieniu protokołu z 1527 roku z przesłuchania Mikołaja Kopernika (wybitnego astronoma, matematyka, lekarza, prawnika, ekonomistę, 180px-Nicolas_Copernicus_Polish stratega, poetę, astrologa, tłumacza, kanclerza kapituły warmińskiej, a od 1511 roku kanonika warmińskiego, scholastyka wrocławskiego, duchownego katolickiego. [UWAGA: linki te podał do protokołu sam podejrzany, tak więc nie radzimy z nich korzystać, bo mogą nas zaprowadzić do nikąd]) przez wysłanników Kurii Biskupiej i Dworu Królewskiego na okoliczność jego powiązań z ksiązęcymi pruskimi słuzbami specjalnymi w okresie kilkunastu lat przed shołdowaniem Prus Ksiązęcych w 1525 roku. Dwór uzyskał pełną kontrolę nad archiwami nowego lenna i dzięki temu mozliwa stałą się lustracja, sprawdzająca działania wielu podejrzanych, a wśród nich astronoma Mistrza Mikołaja.

Przesłuchanie miało miejsce na zamku w Olsztynie, gdzie Mistrz majstrował coś przy działobitniach fortecznych. Przybycie przedstawicieli Dworu i Kurii zaskoczyło go nieco, a przede wszystkim zirytowało, gdyz nie lubił kiedy ktokolwiek przerywał mu pracę. Zgodził się jednak na wielogodzinne spotkanie z przybyłymi, za co dygnitarze ci szczerze wyrazili mu swoją wdzięczność.

Z helwecką precyzją ustalono tozsamość podejrzanego, dbając aby nie zaszła w tej sprawie jakaś nieprzyjemna pomyłka. W końcu godność i honor w zyciu uczonego to cnoty kardynalne.

Mikołaj Kopernik, urodzony w Toruniu 19 lutego 1473 roku, syn Mikołaja i Barbary z domu Watzenrode, a więc syn kupca, handlującego z Gdańskiem metalami kolorowymi. Mikołaj senior znany był juz wcześniej jako zręczny negocjator w kwestiach finansowych między stanami pruskimi a kardynałem Zbigniewem Oleśnickim (w sierpniu 1454 r.) podczas Wojny Trzynastoletniej. Syn miał troje rodzeństwa - Andrzeja, Barbarę i Katarzynę.

Jakze często Kopernik był wysyłany w latach 1516-1521 w celu zawierania porozumień ze stroną Krzyzacką i wszystkie tego rodzaju sprawy załatwiał nader szybko i pomyślnie. Jak podają źródła encyklopedyczne dnia 21 lipca 1521 roku w Grudziądzu na zjeździe Stanów Prus Królewskich "Kopernik wystąpił z napisaną przez siebie mową Querela Capituli contra mgrum Albertum et eius ordinem super iniuriis irrogatis 1521 sub induciis belli (Skarga 150px-1000_zl_a_1982 kapituły na mistrza Albrechta i jego zakon z powodu krzywd wyrządzonych w roku 1521 podczas zawieszenia broni)". Niejasna i tajemnicza to była mowa, broniąca krzywd Prusów, tylko nie wiadomo których - Królewskich czy Zakonnych. W mowie uzywał w sposób nieuzasadniony, a w kazdym razie podejrzany etymologicznie określeń "Prus" i "Prusak", czego wprzódy nie zauwazono, a dostrzezono dopiero w epoce po chwalebnym Hołdzie Pruskim.

Mikołaj Kopernik rozpoczął spotkanie śledczo-konsultacyjne z przybyszami od zręcznego oświadczenia, zawierającego atak uprzedzający pytania o apanaze związane z płatną agenturą:

"Chociaż niezliczone są klęski, wskutek których zazwyczaj podupadają królestwa, księstwa i rzeczpospolite, to jednak najgroźniejsze są – moim zdaniem – cztery: niezgoda, śmiertelność, nieurodzajność ziemi oraz spadek wartości monety. Trzy pierwsze są tak 150px-Kopernik oczywiste, że nie ma nikogo, kto by o tym nie wiedział, jednakże czwarta, która dotyczy monety, dostrzegana jest przez niewielu i to jedynie przez najgłębiej myślących, ponieważ nie powoduje natychmiastowego i gwałtownego upadku państw, ale doprowadza je do tego stanu stopniowo i jakby niewidocznie."

No, ostro pojechał, mozna by rzec kolokwialnie. Pytanie, dlaczego poszedł na tajną słuzbę zezłościło go niebywale i zarzucił indagującym całkowitą ignorancję w dziedzinie ówczesnej historii najnowszej, a zwłaszcza kompletną nieznajomośc realiów okresu przełomu Średniowiecza i Renesansu.

"Być może, że znajdą się tacy - wybuchnął, - co lubiąc bredzić i mimo zupełnej nieznajomości nauk (...) roszcząc sobie przecież prawo do wypowiadania o nich sądu, na podstawie jakiegoś miejsca w Piśmie Świętym, tłumaczonego źle i wykrętnie odpowiednio do ich zamierzeń, ośmielą się potępiać i prześladować tą moją teorię. O tych jednak zupełnie nie dbam, do tego stopnia, że sąd ich mam nawet w pogardzie jako lekkomyślny.(...)

Niezupełnie się to spodobało dostojnym przedstawicielom Dworu i Kurii. Zapytali tylko, czy nie wstydzi się swoich czynów. Odpowiedział, ze nie, w zadnym wypadku, bowiem postąpił, 180px-De_revolutionibus_orbium_coelestium jak postąpił, w końcu Mistrz Zakonu, to nie jakiś obwieś, ale osoba świątobliwa, a w kazdym razie godna zaufania osoby duchownej, którą przeciez podejrzany bezprzecznie jest.

Na koniec dostojni przybysze i gorący zwolennicy porządków zaistniałych po Hołdzie Lennym Prus Ksiązęcych zapytali podejrzanego, czy ma coś do dodania przed czekającą ich drogą powrotną.
M. Kopernik zakończył rzecz całą lakoniczną kwestią:
"Gorsza lepszą monetę z obiegu wypędziła". I westchnął głęboko, jakby z ulgą.

 

 

Hold-pruski

poniedziałek, 15 wrzesień 2008

Jak zostać dobrym agentem?

Zostać agentem byle jakim to żadna sztuka. Jakiś drobny funkcjonariusz podtyka człowiekowi papierek, człowiek podpisuje i już. Żadnej w tym wielkości i wyjątkowości chwili, żadnego Caryca_katarzyna poczucia bycia docenionym przez kogoś naprawdę ważnego, a wręcz potężnego. Miałkość i pył marny, a nie żadne święto i sukces osobisty.

Co innego jeśli się podpisywało taki oto tekst:

Forma rewersu na usługi Moskwy w miesiącu wrześniu 1767 do podpisu Polakom podawana


Niżej na podpisie wyrażony, przyrzekam na honor i sumienie moje, jako na przyszłym sejmie, tudzież i na inszych sejmach, sejmikach, niemniej na każdym miejscu, dokąd życia mojego sprawować się będę w interesach ojczyzny mojej, we wszystkim bez excepcji tak, jako dwór rosyjski directe czy li przez ministrów swoich odemnie pretendować będzie, zażywając wszelkiego starania mego, przyjaciół i sił moich, ażeby zupełnie tenże dwór swego dostąpił żądania; nie ekscypuję nawet interesu dysydentów, który wszelkimi siłami swemi utrzymywać będę, według zupełnej intencji najjaśniejszej imperatorowej całej Rosji. Przyobiecuję tudzież, że się nie będę do żadnej innej wiązał partii, tak narodowej jak zagranicznej zostawając na zawsze gorliwym i wiernie przywiązanym do interesów dworu rosyjskiego, według jego woli: który to dwór, skryptem niniejszym upewniam, i takiego rewers ten chcę mieć waloru, jakoby świątobliwą stwierdzony był przysięgą, submitując się w niedotrzymaniu onego w jakiejkolwiek rzeczy, wszelakiej niełasce i karze, którą by mi ten dwór rosyjski nakazać raczył, a dla lepszej wiary, skrypt ten ręką moją własną podpisuję i przyciśnieniem pieczęci stwierdzam. Działo się die... Septembris 1767.

A to, to co innego w końcu po drugiej stronie dokumentu znajduje się Jej Cesarska Mość cesarzowa Wszech Rosji, a nie jakiś zafajdany ubek. A poza tym ileż w tym dostojnym tekście pięknych słów i sformułowań. Aż ręka się rwie do złożenia podpisu. Proszę bardzo, proszę się nie krępować.

piątek, 12 wrzesień 2008

Rosja wyzwala i naucza

Ussr0358

We wpisie "Rosja uzasadnia" pokazaliśmy naszych bliskich sąsiadów, znających zasady eleganckiej dyplomacji i wyrażania paskudnych treści w formie bajkowej. Jednak maniery carskich Rosjan były wystarczająco salonowe, aby nie pluć prosto w twarz. Zupełnie inaczej wyglądało to w Rosji bolszewickiej, wprawdzie także tłumaczono i uzasadniano wszelkie450px-Red_Army_flag.svg zbójeckie poczynania, ale jakżesz inaczej. Oto próbka z 17 września 1939 roku - ulotka Armii Czerwonej, dogłębnie wyjaśniająca upośledzonym ideowo Polakom, o co tak naprawdę chodzi w tym historycznym momencie (pisownia oryginalna):


Rzołnierze Armii Polskiej!

Pańsko-burżuazjny Rząd Polski, wciągnowszy Was w awanturystyczną wojnę, pozornie przewaliło się. Ono okazało się bezsilnym rządzić krajem i zorganizować obronu. Ministrzy i gienerałowie, schwycili nagrabione imi złoto, tchórzliwie uciekli, pozostawiają armię i cały lud Polski na wolę losu.
Armia Polska pocierpieła surową porażkę, od którego ona nie oprawić wstanie się. Wam, waszym żonom, dzieciam, braciam i siostram ugraża głodna śmierć i zniszczenie.
W te ciężkie dni dla Was potężny Związek Radziecki wyciąga Wam ręce braterskiej pomocy. Nie przeciwcie się Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej. Wasze przeciewenie bez kożyści i przerzeczono na całą zgubę. My idziemy do Was nie jako zdobywcy, a jako wasi braci po klasu, jako wasi wyzwoleńcy od ucisku obszarników i kapitalistów.
Wielka i niezwolczona Armia Czerwona niesie na swoich sztandarach procującym, braterstwo i szczęśliwe życie.
Rzołnierze Armii Polskiej! Nie proliwacie doremnie krwi za cudze Wam interesy obszarników i kapitalistów.
Was przymuszają uciskać białorusinów, ukraińców. Rządzące kołe Polskie sieją
372px-Soviet_second_world_war_monument_in_riganarodową rużność między polakami, białorusinami i ukraińcami.
Pamiętajcie! Nie może być swobodny naród, uciskające drugie narody. Pracujące białorusiny i ukraińcy - Wasi procujące, a nie wrogi. Razem z nimi budujcie szczęśliwe dorobkowe życie.
Rzucajcie broń! Przechodźcie na stronę Armii Czerwonej. Wam zabezpieczona swoboda i szczęśliwe życie.

Naczelny Dowódca Białoruskiego frontu
 Komandarm Drugiej Rangi Michał KOWALOW

Podpis_odezwa_sowiecka_1939 

Przed chwilą oglądałem mowę oskarżycielską w procesie przeciwko twórcom stanu wojennego. Na ławie oskarżonych siedzieli m.in.: generałowie Wojciech Jaruzelski, Florian Siwicki, Tadeusz Tuczapski (Czesław Kiszczak nie przybył, bo chory) i Stanisław Kania. Wyobrażam sobie, że oni byliby (byli) wzruszeni słowami podpisanymi przez Komandarma Drugiej Rangi. Jak widać uzasadnienia bezeceństw nieraz trafiają do odpowiednich ludzi.Pewnie właśnie dlatego są pisane.

610x

czwartek, 11 wrzesień 2008

Rosja uzasadnia

Rosja lubi dobrodusznie i cierpliwie uzasadniać. Ostatnio czyni to jakby częściej (ach i dlaczegoż to, dlaczego?). Tradycja tłumaczenia jak ludziom rozsądnym, co Rosja miewa na myśli wysyłając armię tu i ówdzie, ale przeważnie tu - a więc tradycja owa jest długa i szacowna.

W 1764 roku  królem miał zostać wybrany Stanisław August faworyt carycy Katarzyny zwanej Wielką. Aby Polakom nie wpadło coś dziwacznego do podgolonych głów, należało podjąć August pewne przyjazne - rzecz jasna - kroki i stąd zrodziła się Deklaracja 453px-Rokotov_ekaterina uzasadniająca wkroczenie wojsk rosyjskich w granice Rzeczpospolitej:

Zbliżanie się korpusu wojsk Jej Cesarskiej Mości wszech Rosji nie może i nie powinno wzbudzać żadnego podejrzenia w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej odnośnie wolności i jej bezpieczeństwa wewnętrznego. Liczebność tych oddziałów nie jest dość znaczna by mogły one cokolwiek przedsięwziąć przeciw prawom i przywilejom narodu tak wolnego i silnego jak naród polski. Stanowi to zarazem dowód aż nadto przekonujący czystości intencji Jej Cesarskiej Mości wszech Rosji, której nie przyświeca żaden inny cel jak tylko zachowanie wolności, do której wszyscy członkowie składający naród mają równe i niezaprzeczalne prawo. Granice, które oddzielają kraje Rosji od krajów Polski rozpościerają się po tamtej stronie na 200 mil drogi. Cóż jest więc bardziej naturalne i ważniejsze dla Rosji niż zwracać baczną uwagę na wszystko co może zniszczyć wolność i zmącić spokój Rzeczypospolitej? Jej Cesarska Mość życzyła by sobie oszczędzić niniejszego wystąpienia, lecz trzeba było ustąpić w obliczu okoliczności, gdzie ani prawa, rozum, miłość ojczyzny, ni wzgląd na spokój publiczny, nie miały wpływu na umysły. Wojska Rzeczypospolitej, naturalnie przeznaczone do bronienia granicy królestwa, zostały użyte na sejmikach, by krępować wolne głosy niezależnej szlachty. Sądy kapturowe zostały ustanowione zbrojną ręką. Co stało się w Grudziądzu jest zbyt świeżej daty by zatarło się w niepamięci. Rozkazy wydane wojskom Rzeczypospolitej, by zbliżały się do Warszawy, dają podstawy sądzić, że podejmą one działania, jakie widzieliśmy w tamtym mieście.

Jej Cesarska Mość, nasza łaskawa władczyni, życzy sobie tylko zachowania spokoju publicznego i nigdy nie pozwoli by jedna partia prześladowała drugą z przyczyny przewagi sił, przede wszystkim, gdy sprawiedliwość nie określi jak poskromić gwałty i nie wyznaczy dróg postępowania.

Dlatego my, niżej podpisani, ambasador nadzwyczajny i minister pełnomocny Rosji, wyraźnie oświadczamy w imieniu Jej Cesarskiej Mości, naszej łaskawej władczyni, w sposób najbardziej uroczysty, prymasowi i Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, że oddziały rosyjskie nie spowodują żadnej przeszkody w obradach, że nie będą mieszały się do żadnej sprawy, dotyczącej sejmu walnego i w żaden sposób nie wystąpią, gdy członkom Rzeczypospolitej spodoba się powstrzymać gwałty, których celem będzie zmącenie spokoju publicznego lub bezpieczeństwa jednostek.

Keyserling     * hrabia Keyserling
    * książę RepninNikolai_Vasilyevich_Repnin


Drodzy sercu Katarzyny Polacy jakoś nie docenili, że caryca nie życzyła sobie decyzji, którą jednak podjęła zmuszona okolicznościami, wprowadzając przecież niezbyt liczne wojska w granice zaprzyjaźnionego kraju. Niektóre prominentne osobistości Rzeczpospolitej wyrażały swój protest w sposób wyzywający, przysparzając trosk monarchini. I znów trzeba było uzasadniać, podjęte kroki, co uczynił ambasador rosyjski Mikołaj Repnin:

Oddziały Jej Cesarskiej Mości mej władczyni, przyjaciółki i aliantki Rzeczypospolitej aresztowały biskupa krakowskiego, biskupa kijowskiego, wojewodę krakowskiego i starostę dolińskiego, z powodu ich prowadzenia się, uwłaczającego godności Jej Cesarskiej Mości, podważającego czystość jej zbawiennych, bezinteresownych i przyjaznych intencji w stosunku do Rzeczypospolitej.

Niżej podpisany powiadomił najjaśniejszy Sejm, pozostający pod protekcją Jej Cesarskiej Mości, o stanowczych i uroczystych zapewnieniach kontynuacji tej opieki oraz pomocy i wsparciu Jej Cesarskiej Mości dla zachowania praw i wolności Rzeczypospolitej, z ukróceniem wszystkich nadużyć, które wśliznęły się do rządu, sprzecznych z prawami kardynalnymi państwa.

Jej Cesarska Mość pragnie tylko dobrobytu Rzeczypospolitej i nie zaprzestanie udzielać jej swego wsparcia dla osiągnięcia tego celu, bez żadnej zapłaty, pragnąc tylko bezpieczeństwa, szczęścia i wolności narodu polskiego, co już zostało jasno wyrażone w deklaracjach Jej Cesarskiej Mości, które gwarantują Rzeczypospolitej jej obecne posiadłości, jak również prawa, formę rządu i przywileje każdego.

    * Nikołaj książę Repnin


Jeśli wymienieni w oświadczeniu śmiałkowie uwłaczali godności i podważali swoim bezczelnym postępowaniem czystość intencji, to rzecz całkiem naturalna, że należało ich porwać, aby w ten nieco gwałtowny, ale nadal dobroduszny sposób przeprowadzić resocjalizację zbłąkanych owieczek. Oczywiste to i nie wymagające tłumaczeń, ale zatroskany ambasador nadal cierpliwie i po przyjacielsku uzasadniał z głęboką ufnością w resztki rozsądku u polskich podopiecznych.

Ale niepoprawni podopieczni (a zwłaszcza grupa szczególnie fanatycznych wrogów ładu i Jasna_Góra_Zdobienie_Nad_Wejściem_Do_Kaplicy_Pamięci_Narodu porządku) z zupełnie niezrozumiałych przyczyn zawiązali Konfederację Barską. Wywołało to krzyk rozpaczy naszych rosyjskich krewniaków, wyrażony w kolejnej, przepełnionej duchem humanitaryzmu deklaracji:

Z prawdziwym żalem Jej Cesarska Mość dowiedziała się o zgromadzeniach buntowniczych w Barze i Trembowli, zawiązanych pod sztandarem fanatyzmu i rebelii. Może je tylko uważać za mącicieli pokoju publicznego i wrogów ich własnej ojczyzny, którzy nie bacząc na najświętsze zobowiązania Rzeczypospolitej, nie bacząc na jej prawa, jej spokój i dobrobyt, ośmielili się uczynić podobne powstanie, mając na uwadze tylko swój własny interes, którego szukają w niepokojach i dla niego poświęcając szczęście swojej ojczyzny. Bunt zbrodniczy, który starają się ubarwić oczywistymi powodami, które są tylko pretekstem do przykrycia ich prawdziwych zamiarów, którymi są tylko: występna żądza, niepokoje, grabieże, rozboje, pragnienie wzbogacenia się spuścizną publiczną i wzniesienie się ponad prawa, które depczą pod swoimi stopami, by w ten sposób uniknąć kary, należnej za ich występki.

Te są jedyne powody w połączeniu ze skargą wniesioną 27 marca tego roku, zgodnie z wynikiem rady Senatu, który pragnąc utrzymania porządku, spokoju i praw, uznał potrzebę stłumienia i zniweczenia tego zbrodniczego przedsięwzięcia, zwrócił się o pomoc do Jej Cesarskiej Mości jako gewarantki praw, wolności i prerogatyw zeczypospolitej, by użyła swych sojuszniczych oddziałów wojskowych, które znajdują się na terytoriach Rzeczypospolitej, by stłumić i wykorzenić tę rebelię. W przypadku, gdyby buntownicy nie powrócili do swojej powinności i posłuszeństwa, od uczynienia czego są dalecy, gdy nie chcieli widzieć generała Andrzeja Mokronowskiego, wysłanego by nakłonić ich po dobroci, gdy siłą zmusili wysłanego kuriera lejtnanta regimentu hetmana wielkiego koronnego M. Szuszkowskiego do złożenia przysięgi na ich rebelię, nie chcąc go w inny sposób wypuścić, przeciągając sprawy by mieć więcej czasu na rozlanie swojego jadu i by uwieść tych, którzy nie przeniknęli ponurości ich zbrodniczych zamiarów, używając siły równie jak wszystkich rodzajów buntowniczych uzasadnień, by zwiększyć ich liczebność.

Te więc jedynie powody i zobowiązania wysokiej gwarancji, którą Jej Cesarska Mość na siebie przyjęła, zgodną z pragnieniami Rzeczypospolitej, są aż nadto wystarczające by użyła ona swych wojsk w celu stłumienia i zniszczenia zbrodniczego buntu. Zostaną one z pewnością nakłonione do tego, mając na uwadze jej sumienną dokładność do wypełnienia zobowiązań jej korony i czuwanie nad szczęściem i pokojem ludzkości. Lecz ci buntownicy, nie zadawalając się swym występnym trybem życia, ośmielili się bezpośrednio zaatakować Jej Cesarską Mość i jej imperium, publikując druki buntownicze, by nakłonić do rewolty własnych poddanych Cesarzowej i by skłonić swoich współobywateli by traktowali je jako wrogów, tak jak ogłosili oni w swoich pismach, którymi są: manifest z 7 marca[1], uniwersał z 16 kwietnia opublikowany przez dwu z ich przywódców. W konsekwencji pierwszego okazali zuchwałóść zaatakowania wojsk Jej Cesarskiej Mości i zatrzymali u siebie lejtnanta-pułkownika Wołkowa, który został do nich wysłany by ich po dobroci nakłonić, by powrócili do swojej powinności. Taki manifest mogła wydać tylko banda takich łajdaków, jakimi oni są. Podobnymi ekscesami i swoim występnym trybem życia nie zdołają758px-Konfederacja_barska_1768-1772 zniweczyć i odsunąć wszystkich środków zaradczych, jakie mogłoby im nasunąć współczujące serce Jej Cesarskiej Mości. Jej wojska, na skutek wyżej wymienionych przyczyn otrzymały rozkaz podjęcia działań przeciwko tym buntownikom i im podobnym, tak jak zasługuje na to ich zbrodniczy tryb życia i by traktować ich jako nieprzyjaciół jej imperium, ich własnej ojczyzny i mącicieli spokoju publicznego, by ścigać i ukarać ich za ich zuchwałą i buntowniczą śmiałość.

Jej Cesarska Mość, zawsze gotowa do wypełnienia jej zobowiązań, do zapewnienia szczęścia i pokoju ludzkości, do odróżniania dobrych patriotów, rozkazując tę słuszną i niezbędną karę, zarządziła by dobrzy patrioci, miłujący pokój i spokojność swojej ojczyzny, znaleźli pewne schronienie i trwałą opiekę w wojskach Jej Cesarskiej Mości, które zostaną użyte dla bezpieczeństwa ich dóbr i i ch osób, jak też ich wolności, praw i prerogatyw. Jej wysoka protekcja i życzliwość nie mają granic dla tych, którzy na nie zasługują, wypełniając rzetelnie obowiązki patriotów, pierwszym z których jest zachowanie pokoju i spokoju w Rzeczypospolitej.

To jest to, co niżej podpisanemu rozkazano ogłosić w imieniu Jej Cesarskiej Mości jego władczyni, dodając najusilniejsze i najbardziej stanowcze zapewnienie o jej nieustannej i niewzruszonej przyjaźni do Jego Królewskiej Mości króla Polski i Rzeczypospolitej, przyjaźni, która zasadza się na najuroczystszych zapewnieniach i których Jej Cesarska Mość nie zaprzestanie wypełniać w całej swojej rozciągłości.

    * Nikołaj książę Repnin


Niestety, w wyniku absolutnej tępoty polskich patriotów Jej Cesarska Mość była jednak zmuszona zaprzestać wypełniania najuroczystszych zapewnień. I porobiło się, oj porobiło. I czyja to wina???


My Photo

Strony zaprzyjaźnione (Friends Links)

Moje profile Web 2.0

Blog powered by TypePad
Member since 03/2007

Photo-Netart

FuelMyBlog

You can also visit me at
wojcicki.vox.com

Get Vox Now.

Twitter Updates

    follow me on Twitter

    Enter your email address:

    Delivered by FeedBurner

    CleverStat

    Human Rights

    • Blogerzy na rzecz Praw Człowieka
      Bloggers Unite

    INNE STRONY bloga - Pages

    Katalogi

    Katalog Interpress