Historia - History

sobota, 4 października 2008

Mateusz Wyrwich - Norwegia czyli poparcie z lewej i prawej strony

Norwegowie pomagali nam w przełomowych dziejach. W czasie Powstania Listopadowego, jak również Styczniowego. Przygarniali do siebie i otaczali wielkim szacunkiem popowstaniowych 120px-Coat_of_Arms_of_Norway.svg uchodźców. Podobnie zachowywali się podczas wojny wypowiedzianej Polakom przez komunistyczny reżim trzynastego grudnia 1981 roku.


Wiele mówi się i pisze o pomocy Polsce w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku ze strony przywódców i obywateli USA, Francji, Szwecji,Norwegia_flaga Niemiec, czy Włoch. Prawie nic, albo nic o pomocy z Norwegii. Tego niewielkiego, bo ledwie czteromilionowego, choć zamożnego, narodu żyjącego na rozległym terytorium położonym nad Morzem Norweskim. Z ludźmi o pięknym i szlachetnym sercu, którzy potrafili w ciągu tygodnia zebrać dwa miliony koron dla Polski. A było ich stać nie tylko na jednorazowy wysiłek, ale też na stałą i systematyczną pomoc, aż po czas uzyskania przez Polskę niepodległości. Otaczali opieką zresztą nie tylko ludzi walczących o niepodległość RP. Nieśli pomoc przede wszystkim osobom niezamożnym. W czasie pierwszej legalnej Solidarności przysyłali do Polski nawet krowy, które za pośrednictwem NSZZ Solidarność Rolników Indywidualnych trafiały do rolników za darmo. Po wprowadzeniu stanu wojennego komunistyczny rząd, mimo protestów Norwegów - sprzedawał je chłopom.

Solidaritet Norge - Polen

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku obywatele norwescy niewiele wiedzieli o Polsce. Podobnie jak my o Norwegii. Peerelowskim korespondentom nie było na rękę przekazywanie pozytywnych informacji o naszym północnym zamożnym sąsiedzie, którym – o, zgrozo – rządzili co pewien czas socjaliści. Rezydujący w Polsce norwescy korespondenci lewicowych mediów też nie przekazywali swoim czytelnikom prawdziwego obrazu Polski komunistycznej. Traktowali nasz kraj jako miejsce długiego urlopu. Jedynie elitarne pisma prawicowe, jak „Morgenbladet”, czy „Kontynent Skandynawia” obraz Polski przedstawiały niezwykle rzetelnie.

Ta sytuacja zaczęła się stopniowo zmieniać dopiero od 1980 roku, kiedy to do opinii publicznej w Norwegii docierały materiały niezależnych norweskich publicystów informujące o strajkach w Polsce. O powstaniu Solidarności i jej programie.

Nawiązanie bliskich kontaktów z niezależnymi związkami zawodowymi stało się podstawą przyjaźni na długie lata osiemdziesiąte. I powołania przez Norwegów, w kwietniu 1981 roku, 6222e3c815 niezwykłej organizacji jaką była Solidaritet Norge-Polen. [Solidarność Norwegia-Polska]. Powstała ona mimo oporów lewicowej norweskiej centrali związkowej i protestów ambasady PRL w Oslo. W ruch pomocy w walce o niepodległość zaangażowało się tysiące Norwegów organizując manifestacje, zbiórki pieniędzy. Dostarczając tony darów i sprzętu poligraficznego, co w stanie wojennym często narażało wielu z nich na aresztowania i utratę samochodów.

Godzina pracy dla Polski

Po powrocie z sierpniowych strajków 1980 roku w Polsce grupa związkowców, intelektualistów, Norwegów i Polaków, podjęła pierwszą akcję pomocy powstającej Solidarności pod hasłem „Daj godzinę pracy dla Polski”. W ten sposób zebrano dwieście tysięcy koron. Dzięki tym funduszom, o czym dziś mało kto wie, mnóstwo komisji zakładowych NSZZ Solidarność otrzymało sprzęt poligraficzny. Słano również do Polski lekarstwa, artykuły chemiczne.

Zaraz po wprowadzeniu przez komunistów stanu wojennego, 13 grudnia, pod peerelowską ambasadą w Oslo zgromadziły się tłumy. W kilka dni później na ulicach wielu norweskich miast miały miejsce demonstracje potępiające komunistyczny reżim w Polsce. Pod ich wpływem również lewicowy rząd norweski potępił wprowadzenie stanu wojennego. „Reakcje rządu norweskiego na sytuację w Polsce zaostrzały się jednak i to czasami w sposób niespodziewany: na początku stycznia okazało się mianowicie, że Norwegia była jedynym krajem NATO, który wystąpił z oficjalnym memorandum wobec wszystkich KS [krajów socjalistycznych] z protestem i krytyką wydarzeń w Polsce i wpływu ZSRR na te wydarzenia”.*

Wsparcie dążeń niepodległościowych Polski przez Norwegów zwielokrotniło się w kolejnych dniach stanu wojennego. O pomoc zaapelował wówczas nawet sam król Olaf V. Do Polski napływały pieniądze przekazane z Norwegii: „Caritas od początku stycznia [1982] zebrał milion. Kirkens Nodhjelp, organizacja dostarczająca dary dla protestanckich kościołów2910845012_2979ef7621_o w Polsce piętnaście milionów[…]Norsk Folkehjelp trzy i siedem milionów, a rząd norweski dał im dodatkowo cztery miliony[…]”. O ciekawej inicjatywie opowiedziała Barbara Tubylewicz-Olsnes**), „Jenny Andersen pracując przez całą zimę, zrobiła na drutach worek ciepłych skarpet dla dzieci i zwróciła się 2910851928_e50796b659_o do Caritas Norge z prośbą o pomoc w dostarczeniu ich dla rodzin wielodzietnych w Polsce”. „Norwegowie chętnie zgadzali się uczestniczyć w naszych akcjach, nie tylko charytatywnych, ale kulturalnych i politycznych, dawać nazwiska, pieniądze. Ławo było dotrzeć do znanych osób, każdy kogo się prosiło o pomoc, reagował życzliwie”.

Po latach wszyscy bohaterowie wydarzeń z lat osiemdziesiątych zgodnie zapewniają, że warto było się trudzić. Jon Simen Overli wyjaśnił to krótko : „Solidarność przyszła nagle[…]z wizją społeczeństwa, która nam się spodobała. I myśmy uznali, że to pasuje do naszych ideałów. Zawsze było tak w Norwegii, że poparcia udzielała albo prawa, albo lewa strona, a Solidarność to przełamała , bo dostała poparcie i lewej i prawej […]”.„Przewodnik Katolicki, 2005]

______________________

*cytaty pochodzą z książki: Jan Strękowski, Bohaterowie Europy, Norwegia - Polsce 1976 - 1989,Bohaterowie_europy   Wydawnictwo Test, Lublin 2005, ss. 340,

**Barbara Tubylewicz Olsnes
Barbara Tubylewicz Olsnes, b. Poland, graduated and Ph.D. in psychology at
Warszawa University. Visiting scientist, 8 months, at A.R. Luria`s laboratory of
Neuropsychology at Neurosurgery Hospital in Moscow. Worked at The Polish
Academy of Sciences, Neurosurgery Department, in Warsaw and since 1974 at
Ullevaal University Hospital in Oslo, Norway.Teaches neuropsychology at Oslo
University.

Ze strony Instytutu Pamięci Narodowej:

Prawdziwym fenomenem stanu wojennego był ruch na rzecz pomocy Polakom, jaki spontanicznie rodził się w wielu krajach. Wyjątkowe rozmiary przybrał w czteromilionowej Norwegii. Organizacja Solidaritet Norge-Polen (Solidarność Norwesko-Polska), która powstała zaraz po strajkach sierpniowych w 1980 r., zrzeszała około 100 tysięcy osób. Praca w niej była misją, pasją, ale też przygodą dla wielu ludzi. Taką przygodę - głośną i w Polsce, i w 29 Norwegii - przeżyło małżeństwo Björg Svanström i Trygve Heide. Mam przed sobą "Notatkę do rozmowy w cztery oczy z ministrem Thorvaldem Stoltenbergiem", powstałą w Departamencie IV MSZ w Warszawie tuż przed wizytą ministra w Polsce w dniach 25 - 27 kwietnia 1988 r. Napisano w niej, że "S. (Stoltenberg) może poruszyć dwie sprawy interwencyjne". Jedna z nich miała dotyczyć należącego do obywatela Norwegii o nazwisku Trygve Heide "minibusu volkswagen (...) skonfiskowanego decyzją Kolegium ds. Wykroczeń przy Wojewodzie Gdańskim (za przemyt literatury bez debitu)". „Minibus solidarności” Rzeczpospolita 19.12.2005 r.

sobota, 20 września 2008

Nicolaus Copernicus - wybitny uczony i pruski agent

Zelektryzowała nas ostatnio wieść o odnalezieniu protokołu z 1527 roku z przesłuchania Mikołaja Kopernika (wybitnego astronoma, matematyka, lekarza, prawnika, ekonomistę, 180px-Nicolas_Copernicus_Polish stratega, poetę, astrologa, tłumacza, kanclerza kapituły warmińskiej, a od 1511 roku kanonika warmińskiego, scholastyka wrocławskiego, duchownego katolickiego. [UWAGA: linki te podał do protokołu sam podejrzany, tak więc nie radzimy z nich korzystać, bo mogą nas zaprowadzić do nikąd]) przez wysłanników Kurii Biskupiej i Dworu Królewskiego na okoliczność jego powiązań z ksiązęcymi pruskimi słuzbami specjalnymi w okresie kilkunastu lat przed shołdowaniem Prus Ksiązęcych w 1525 roku. Dwór uzyskał pełną kontrolę nad archiwami nowego lenna i dzięki temu mozliwa stałą się lustracja, sprawdzająca działania wielu podejrzanych, a wśród nich astronoma Mistrza Mikołaja.

Przesłuchanie miało miejsce na zamku w Olsztynie, gdzie Mistrz majstrował coś przy działobitniach fortecznych. Przybycie przedstawicieli Dworu i Kurii zaskoczyło go nieco, a przede wszystkim zirytowało, gdyz nie lubił kiedy ktokolwiek przerywał mu pracę. Zgodził się jednak na wielogodzinne spotkanie z przybyłymi, za co dygnitarze ci szczerze wyrazili mu swoją wdzięczność.

Z helwecką precyzją ustalono tozsamość podejrzanego, dbając aby nie zaszła w tej sprawie jakaś nieprzyjemna pomyłka. W końcu godność i honor w zyciu uczonego to cnoty kardynalne.

Mikołaj Kopernik, urodzony w Toruniu 19 lutego 1473 roku, syn Mikołaja i Barbary z domu Watzenrode, a więc syn kupca, handlującego z Gdańskiem metalami kolorowymi. Mikołaj senior znany był juz wcześniej jako zręczny negocjator w kwestiach finansowych między stanami pruskimi a kardynałem Zbigniewem Oleśnickim (w sierpniu 1454 r.) podczas Wojny Trzynastoletniej. Syn miał troje rodzeństwa - Andrzeja, Barbarę i Katarzynę.

Jakze często Kopernik był wysyłany w latach 1516-1521 w celu zawierania porozumień ze stroną Krzyzacką i wszystkie tego rodzaju sprawy załatwiał nader szybko i pomyślnie. Jak podają źródła encyklopedyczne dnia 21 lipca 1521 roku w Grudziądzu na zjeździe Stanów Prus Królewskich "Kopernik wystąpił z napisaną przez siebie mową Querela Capituli contra mgrum Albertum et eius ordinem super iniuriis irrogatis 1521 sub induciis belli (Skarga 150px-1000_zl_a_1982 kapituły na mistrza Albrechta i jego zakon z powodu krzywd wyrządzonych w roku 1521 podczas zawieszenia broni)". Niejasna i tajemnicza to była mowa, broniąca krzywd Prusów, tylko nie wiadomo których - Królewskich czy Zakonnych. W mowie uzywał w sposób nieuzasadniony, a w kazdym razie podejrzany etymologicznie określeń "Prus" i "Prusak", czego wprzódy nie zauwazono, a dostrzezono dopiero w epoce po chwalebnym Hołdzie Pruskim.

Mikołaj Kopernik rozpoczął spotkanie śledczo-konsultacyjne z przybyszami od zręcznego oświadczenia, zawierającego atak uprzedzający pytania o apanaze związane z płatną agenturą:

"Chociaż niezliczone są klęski, wskutek których zazwyczaj podupadają królestwa, księstwa i rzeczpospolite, to jednak najgroźniejsze są – moim zdaniem – cztery: niezgoda, śmiertelność, nieurodzajność ziemi oraz spadek wartości monety. Trzy pierwsze są tak 150px-Kopernik oczywiste, że nie ma nikogo, kto by o tym nie wiedział, jednakże czwarta, która dotyczy monety, dostrzegana jest przez niewielu i to jedynie przez najgłębiej myślących, ponieważ nie powoduje natychmiastowego i gwałtownego upadku państw, ale doprowadza je do tego stanu stopniowo i jakby niewidocznie."

No, ostro pojechał, mozna by rzec kolokwialnie. Pytanie, dlaczego poszedł na tajną słuzbę zezłościło go niebywale i zarzucił indagującym całkowitą ignorancję w dziedzinie ówczesnej historii najnowszej, a zwłaszcza kompletną nieznajomośc realiów okresu przełomu Średniowiecza i Renesansu.

"Być może, że znajdą się tacy - wybuchnął, - co lubiąc bredzić i mimo zupełnej nieznajomości nauk (...) roszcząc sobie przecież prawo do wypowiadania o nich sądu, na podstawie jakiegoś miejsca w Piśmie Świętym, tłumaczonego źle i wykrętnie odpowiednio do ich zamierzeń, ośmielą się potępiać i prześladować tą moją teorię. O tych jednak zupełnie nie dbam, do tego stopnia, że sąd ich mam nawet w pogardzie jako lekkomyślny.(...)

Niezupełnie się to spodobało dostojnym przedstawicielom Dworu i Kurii. Zapytali tylko, czy nie wstydzi się swoich czynów. Odpowiedział, ze nie, w zadnym wypadku, bowiem postąpił, 180px-De_revolutionibus_orbium_coelestium jak postąpił, w końcu Mistrz Zakonu, to nie jakiś obwieś, ale osoba świątobliwa, a w kazdym razie godna zaufania osoby duchownej, którą przeciez podejrzany bezprzecznie jest.

Na koniec dostojni przybysze i gorący zwolennicy porządków zaistniałych po Hołdzie Lennym Prus Ksiązęcych zapytali podejrzanego, czy ma coś do dodania przed czekającą ich drogą powrotną.
M. Kopernik zakończył rzecz całą lakoniczną kwestią:
"Gorsza lepszą monetę z obiegu wypędziła". I westchnął głęboko, jakby z ulgą.

 

 

Hold-pruski

poniedziałek, 15 września 2008

Jak zostać dobrym agentem?

Zostać agentem byle jakim to żadna sztuka. Jakiś drobny funkcjonariusz podtyka człowiekowi papierek, człowiek podpisuje i już. Żadnej w tym wielkości i wyjątkowości chwili, żadnego Caryca_katarzyna poczucia bycia docenionym przez kogoś naprawdę ważnego, a wręcz potężnego. Miałkość i pył marny, a nie żadne święto i sukces osobisty.

Co innego jeśli się podpisywało taki oto tekst:

Forma rewersu na usługi Moskwy w miesiącu wrześniu 1767 do podpisu Polakom podawana


Niżej na podpisie wyrażony, przyrzekam na honor i sumienie moje, jako na przyszłym sejmie, tudzież i na inszych sejmach, sejmikach, niemniej na każdym miejscu, dokąd życia mojego sprawować się będę w interesach ojczyzny mojej, we wszystkim bez excepcji tak, jako dwór rosyjski directe czy li przez ministrów swoich odemnie pretendować będzie, zażywając wszelkiego starania mego, przyjaciół i sił moich, ażeby zupełnie tenże dwór swego dostąpił żądania; nie ekscypuję nawet interesu dysydentów, który wszelkimi siłami swemi utrzymywać będę, według zupełnej intencji najjaśniejszej imperatorowej całej Rosji. Przyobiecuję tudzież, że się nie będę do żadnej innej wiązał partii, tak narodowej jak zagranicznej zostawając na zawsze gorliwym i wiernie przywiązanym do interesów dworu rosyjskiego, według jego woli: który to dwór, skryptem niniejszym upewniam, i takiego rewers ten chcę mieć waloru, jakoby świątobliwą stwierdzony był przysięgą, submitując się w niedotrzymaniu onego w jakiejkolwiek rzeczy, wszelakiej niełasce i karze, którą by mi ten dwór rosyjski nakazać raczył, a dla lepszej wiary, skrypt ten ręką moją własną podpisuję i przyciśnieniem pieczęci stwierdzam. Działo się die... Septembris 1767.

A to, to co innego w końcu po drugiej stronie dokumentu znajduje się Jej Cesarska Mość cesarzowa Wszech Rosji, a nie jakiś zafajdany ubek. A poza tym ileż w tym dostojnym tekście pięknych słów i sformułowań. Aż ręka się rwie do złożenia podpisu. Proszę bardzo, proszę się nie krępować.

piątek, 12 września 2008

Rosja wyzwala i naucza

Ussr0358

We wpisie "Rosja uzasadnia" pokazaliśmy naszych bliskich sąsiadów, znających zasady eleganckiej dyplomacji i wyrażania paskudnych treści w formie bajkowej. Jednak maniery carskich Rosjan były wystarczająco salonowe, aby nie pluć prosto w twarz. Zupełnie inaczej wyglądało to w Rosji bolszewickiej, wprawdzie także tłumaczono i uzasadniano wszelkie450px-Red_Army_flag.svg zbójeckie poczynania, ale jakżesz inaczej. Oto próbka z 17 września 1939 roku - ulotka Armii Czerwonej, dogłębnie wyjaśniająca upośledzonym ideowo Polakom, o co tak naprawdę chodzi w tym historycznym momencie (pisownia oryginalna):


Rzołnierze Armii Polskiej!

Pańsko-burżuazjny Rząd Polski, wciągnowszy Was w awanturystyczną wojnę, pozornie przewaliło się. Ono okazało się bezsilnym rządzić krajem i zorganizować obronu. Ministrzy i gienerałowie, schwycili nagrabione imi złoto, tchórzliwie uciekli, pozostawiają armię i cały lud Polski na wolę losu.
Armia Polska pocierpieła surową porażkę, od którego ona nie oprawić wstanie się. Wam, waszym żonom, dzieciam, braciam i siostram ugraża głodna śmierć i zniszczenie.
W te ciężkie dni dla Was potężny Związek Radziecki wyciąga Wam ręce braterskiej pomocy. Nie przeciwcie się Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej. Wasze przeciewenie bez kożyści i przerzeczono na całą zgubę. My idziemy do Was nie jako zdobywcy, a jako wasi braci po klasu, jako wasi wyzwoleńcy od ucisku obszarników i kapitalistów.
Wielka i niezwolczona Armia Czerwona niesie na swoich sztandarach procującym, braterstwo i szczęśliwe życie.
Rzołnierze Armii Polskiej! Nie proliwacie doremnie krwi za cudze Wam interesy obszarników i kapitalistów.
Was przymuszają uciskać białorusinów, ukraińców. Rządzące kołe Polskie sieją
372px-Soviet_second_world_war_monument_in_riganarodową rużność między polakami, białorusinami i ukraińcami.
Pamiętajcie! Nie może być swobodny naród, uciskające drugie narody. Pracujące białorusiny i ukraińcy - Wasi procujące, a nie wrogi. Razem z nimi budujcie szczęśliwe dorobkowe życie.
Rzucajcie broń! Przechodźcie na stronę Armii Czerwonej. Wam zabezpieczona swoboda i szczęśliwe życie.

Naczelny Dowódca Białoruskiego frontu
 Komandarm Drugiej Rangi Michał KOWALOW

Podpis_odezwa_sowiecka_1939 

Przed chwilą oglądałem mowę oskarżycielską w procesie przeciwko twórcom stanu wojennego. Na ławie oskarżonych siedzieli m.in.: generałowie Wojciech Jaruzelski, Florian Siwicki, Tadeusz Tuczapski (Czesław Kiszczak nie przybył, bo chory) i Stanisław Kania. Wyobrażam sobie, że oni byliby (byli) wzruszeni słowami podpisanymi przez Komandarma Drugiej Rangi. Jak widać uzasadnienia bezeceństw nieraz trafiają do odpowiednich ludzi.Pewnie właśnie dlatego są pisane.

610x

czwartek, 11 września 2008

Rosja uzasadnia

Rosja lubi dobrodusznie i cierpliwie uzasadniać. Ostatnio czyni to jakby częściej (ach i dlaczegoż to, dlaczego?). Tradycja tłumaczenia jak ludziom rozsądnym, co Rosja miewa na myśli wysyłając armię tu i ówdzie, ale przeważnie tu - a więc tradycja owa jest długa i szacowna.

W 1764 roku  królem miał zostać wybrany Stanisław August faworyt carycy Katarzyny zwanej Wielką. Aby Polakom nie wpadło coś dziwacznego do podgolonych głów, należało podjąć August pewne przyjazne - rzecz jasna - kroki i stąd zrodziła się Deklaracja 453px-Rokotov_ekaterina uzasadniająca wkroczenie wojsk rosyjskich w granice Rzeczpospolitej:

Zbliżanie się korpusu wojsk Jej Cesarskiej Mości wszech Rosji nie może i nie powinno wzbudzać żadnego podejrzenia w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej odnośnie wolności i jej bezpieczeństwa wewnętrznego. Liczebność tych oddziałów nie jest dość znaczna by mogły one cokolwiek przedsięwziąć przeciw prawom i przywilejom narodu tak wolnego i silnego jak naród polski. Stanowi to zarazem dowód aż nadto przekonujący czystości intencji Jej Cesarskiej Mości wszech Rosji, której nie przyświeca żaden inny cel jak tylko zachowanie wolności, do której wszyscy członkowie składający naród mają równe i niezaprzeczalne prawo. Granice, które oddzielają kraje Rosji od krajów Polski rozpościerają się po tamtej stronie na 200 mil drogi. Cóż jest więc bardziej naturalne i ważniejsze dla Rosji niż zwracać baczną uwagę na wszystko co może zniszczyć wolność i zmącić spokój Rzeczypospolitej? Jej Cesarska Mość życzyła by sobie oszczędzić niniejszego wystąpienia, lecz trzeba było ustąpić w obliczu okoliczności, gdzie ani prawa, rozum, miłość ojczyzny, ni wzgląd na spokój publiczny, nie miały wpływu na umysły. Wojska Rzeczypospolitej, naturalnie przeznaczone do bronienia granicy królestwa, zostały użyte na sejmikach, by krępować wolne głosy niezależnej szlachty. Sądy kapturowe zostały ustanowione zbrojną ręką. Co stało się w Grudziądzu jest zbyt świeżej daty by zatarło się w niepamięci. Rozkazy wydane wojskom Rzeczypospolitej, by zbliżały się do Warszawy, dają podstawy sądzić, że podejmą one działania, jakie widzieliśmy w tamtym mieście.

Jej Cesarska Mość, nasza łaskawa władczyni, życzy sobie tylko zachowania spokoju publicznego i nigdy nie pozwoli by jedna partia prześladowała drugą z przyczyny przewagi sił, przede wszystkim, gdy sprawiedliwość nie określi jak poskromić gwałty i nie wyznaczy dróg postępowania.

Dlatego my, niżej podpisani, ambasador nadzwyczajny i minister pełnomocny Rosji, wyraźnie oświadczamy w imieniu Jej Cesarskiej Mości, naszej łaskawej władczyni, w sposób najbardziej uroczysty, prymasowi i Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, że oddziały rosyjskie nie spowodują żadnej przeszkody w obradach, że nie będą mieszały się do żadnej sprawy, dotyczącej sejmu walnego i w żaden sposób nie wystąpią, gdy członkom Rzeczypospolitej spodoba się powstrzymać gwałty, których celem będzie zmącenie spokoju publicznego lub bezpieczeństwa jednostek.

Keyserling     * hrabia Keyserling
    * książę RepninNikolai_Vasilyevich_Repnin


Drodzy sercu Katarzyny Polacy jakoś nie docenili, że caryca nie życzyła sobie decyzji, którą jednak podjęła zmuszona okolicznościami, wprowadzając przecież niezbyt liczne wojska w granice zaprzyjaźnionego kraju. Niektóre prominentne osobistości Rzeczpospolitej wyrażały swój protest w sposób wyzywający, przysparzając trosk monarchini. I znów trzeba było uzasadniać, podjęte kroki, co uczynił ambasador rosyjski Mikołaj Repnin:

Oddziały Jej Cesarskiej Mości mej władczyni, przyjaciółki i aliantki Rzeczypospolitej aresztowały biskupa krakowskiego, biskupa kijowskiego, wojewodę krakowskiego i starostę dolińskiego, z powodu ich prowadzenia się, uwłaczającego godności Jej Cesarskiej Mości, podważającego czystość jej zbawiennych, bezinteresownych i przyjaznych intencji w stosunku do Rzeczypospolitej.

Niżej podpisany powiadomił najjaśniejszy Sejm, pozostający pod protekcją Jej Cesarskiej Mości, o stanowczych i uroczystych zapewnieniach kontynuacji tej opieki oraz pomocy i wsparciu Jej Cesarskiej Mości dla zachowania praw i wolności Rzeczypospolitej, z ukróceniem wszystkich nadużyć, które wśliznęły się do rządu, sprzecznych z prawami kardynalnymi państwa.

Jej Cesarska Mość pragnie tylko dobrobytu Rzeczypospolitej i nie zaprzestanie udzielać jej swego wsparcia dla osiągnięcia tego celu, bez żadnej zapłaty, pragnąc tylko bezpieczeństwa, szczęścia i wolności narodu polskiego, co już zostało jasno wyrażone w deklaracjach Jej Cesarskiej Mości, które gwarantują Rzeczypospolitej jej obecne posiadłości, jak również prawa, formę rządu i przywileje każdego.

    * Nikołaj książę Repnin


Jeśli wymienieni w oświadczeniu śmiałkowie uwłaczali godności i podważali swoim bezczelnym postępowaniem czystość intencji, to rzecz całkiem naturalna, że należało ich porwać, aby w ten nieco gwałtowny, ale nadal dobroduszny sposób przeprowadzić resocjalizację zbłąkanych owieczek. Oczywiste to i nie wymagające tłumaczeń, ale zatroskany ambasador nadal cierpliwie i po przyjacielsku uzasadniał z głęboką ufnością w resztki rozsądku u polskich podopiecznych.

Ale niepoprawni podopieczni (a zwłaszcza grupa szczególnie fanatycznych wrogów ładu i Jasna_Góra_Zdobienie_Nad_Wejściem_Do_Kaplicy_Pamięci_Narodu porządku) z zupełnie niezrozumiałych przyczyn zawiązali Konfederację Barską. Wywołało to krzyk rozpaczy naszych rosyjskich krewniaków, wyrażony w kolejnej, przepełnionej duchem humanitaryzmu deklaracji:

Z prawdziwym żalem Jej Cesarska Mość dowiedziała się o zgromadzeniach buntowniczych w Barze i Trembowli, zawiązanych pod sztandarem fanatyzmu i rebelii. Może je tylko uważać za mącicieli pokoju publicznego i wrogów ich własnej ojczyzny, którzy nie bacząc na najświętsze zobowiązania Rzeczypospolitej, nie bacząc na jej prawa, jej spokój i dobrobyt, ośmielili się uczynić podobne powstanie, mając na uwadze tylko swój własny interes, którego szukają w niepokojach i dla niego poświęcając szczęście swojej ojczyzny. Bunt zbrodniczy, który starają się ubarwić oczywistymi powodami, które są tylko pretekstem do przykrycia ich prawdziwych zamiarów, którymi są tylko: występna żądza, niepokoje, grabieże, rozboje, pragnienie wzbogacenia się spuścizną publiczną i wzniesienie się ponad prawa, które depczą pod swoimi stopami, by w ten sposób uniknąć kary, należnej za ich występki.

Te są jedyne powody w połączeniu ze skargą wniesioną 27 marca tego roku, zgodnie z wynikiem rady Senatu, który pragnąc utrzymania porządku, spokoju i praw, uznał potrzebę stłumienia i zniweczenia tego zbrodniczego przedsięwzięcia, zwrócił się o pomoc do Jej Cesarskiej Mości jako gewarantki praw, wolności i prerogatyw zeczypospolitej, by użyła swych sojuszniczych oddziałów wojskowych, które znajdują się na terytoriach Rzeczypospolitej, by stłumić i wykorzenić tę rebelię. W przypadku, gdyby buntownicy nie powrócili do swojej powinności i posłuszeństwa, od uczynienia czego są dalecy, gdy nie chcieli widzieć generała Andrzeja Mokronowskiego, wysłanego by nakłonić ich po dobroci, gdy siłą zmusili wysłanego kuriera lejtnanta regimentu hetmana wielkiego koronnego M. Szuszkowskiego do złożenia przysięgi na ich rebelię, nie chcąc go w inny sposób wypuścić, przeciągając sprawy by mieć więcej czasu na rozlanie swojego jadu i by uwieść tych, którzy nie przeniknęli ponurości ich zbrodniczych zamiarów, używając siły równie jak wszystkich rodzajów buntowniczych uzasadnień, by zwiększyć ich liczebność.

Te więc jedynie powody i zobowiązania wysokiej gwarancji, którą Jej Cesarska Mość na siebie przyjęła, zgodną z pragnieniami Rzeczypospolitej, są aż nadto wystarczające by użyła ona swych wojsk w celu stłumienia i zniszczenia zbrodniczego buntu. Zostaną one z pewnością nakłonione do tego, mając na uwadze jej sumienną dokładność do wypełnienia zobowiązań jej korony i czuwanie nad szczęściem i pokojem ludzkości. Lecz ci buntownicy, nie zadawalając się swym występnym trybem życia, ośmielili się bezpośrednio zaatakować Jej Cesarską Mość i jej imperium, publikując druki buntownicze, by nakłonić do rewolty własnych poddanych Cesarzowej i by skłonić swoich współobywateli by traktowali je jako wrogów, tak jak ogłosili oni w swoich pismach, którymi są: manifest z 7 marca[1], uniwersał z 16 kwietnia opublikowany przez dwu z ich przywódców. W konsekwencji pierwszego okazali zuchwałóść zaatakowania wojsk Jej Cesarskiej Mości i zatrzymali u siebie lejtnanta-pułkownika Wołkowa, który został do nich wysłany by ich po dobroci nakłonić, by powrócili do swojej powinności. Taki manifest mogła wydać tylko banda takich łajdaków, jakimi oni są. Podobnymi ekscesami i swoim występnym trybem życia nie zdołają758px-Konfederacja_barska_1768-1772 zniweczyć i odsunąć wszystkich środków zaradczych, jakie mogłoby im nasunąć współczujące serce Jej Cesarskiej Mości. Jej wojska, na skutek wyżej wymienionych przyczyn otrzymały rozkaz podjęcia działań przeciwko tym buntownikom i im podobnym, tak jak zasługuje na to ich zbrodniczy tryb życia i by traktować ich jako nieprzyjaciół jej imperium, ich własnej ojczyzny i mącicieli spokoju publicznego, by ścigać i ukarać ich za ich zuchwałą i buntowniczą śmiałość.

Jej Cesarska Mość, zawsze gotowa do wypełnienia jej zobowiązań, do zapewnienia szczęścia i pokoju ludzkości, do odróżniania dobrych patriotów, rozkazując tę słuszną i niezbędną karę, zarządziła by dobrzy patrioci, miłujący pokój i spokojność swojej ojczyzny, znaleźli pewne schronienie i trwałą opiekę w wojskach Jej Cesarskiej Mości, które zostaną użyte dla bezpieczeństwa ich dóbr i i ch osób, jak też ich wolności, praw i prerogatyw. Jej wysoka protekcja i życzliwość nie mają granic dla tych, którzy na nie zasługują, wypełniając rzetelnie obowiązki patriotów, pierwszym z których jest zachowanie pokoju i spokoju w Rzeczypospolitej.

To jest to, co niżej podpisanemu rozkazano ogłosić w imieniu Jej Cesarskiej Mości jego władczyni, dodając najusilniejsze i najbardziej stanowcze zapewnienie o jej nieustannej i niewzruszonej przyjaźni do Jego Królewskiej Mości króla Polski i Rzeczypospolitej, przyjaźni, która zasadza się na najuroczystszych zapewnieniach i których Jej Cesarska Mość nie zaprzestanie wypełniać w całej swojej rozciągłości.

    * Nikołaj książę Repnin


Niestety, w wyniku absolutnej tępoty polskich patriotów Jej Cesarska Mość była jednak zmuszona zaprzestać wypełniania najuroczystszych zapewnień. I porobiło się, oj porobiło. I czyja to wina???


poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Mateusz Wyrwich - Głos Wolnej Polski - Radio Wolna Europa

Download sygnal-rwe.mp3 - sygnał, rozpoczynający audycję RWE


RozgłośniaWejscie_rwe Polska Radia Wolna Europa oficjalnie powstała przed pięćdziesięcioma pięcioma  laty. Choć emisję z Monachium zakończyła w 1994, a z Warszawy w 1996 roku, to jednak RWE jeszcze do dziś nadaje w prawie trzydziestu językach.


Radio powstało z inicjatywy rządu Stanów Zjednoczonych. Przez krótki czas było utrzymywane z funduszy społecznych, później finansował je rząd amerykański. Nad całością funkcjonowania radia czuwał założony w czerwcu 1952 roku Komitet Wolnej Europy.180px-Eisenhower_in_the_Oval_Office Zasiadali w nim wybitni amerykańscy politycy i ludzie kultury. Między innymi późniejszy prezydent USA, generał Dwight Eisenhower oraz, wtedy już były, ambasador w Polsce Arthur Bliss Lane.

Od pierwszych lat pięćdziesiątych była to najpopularniejsza stacja nadająca z Zachodu w języku polskim. I najbardziej przez komunistów zagłuszana. Szczególnie po ucieczce w 1953 roku wysokiej rangi funkcjonariusza Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i oprawcy Józefa Światły, który od października Swiatlo_004 1954 roku mówił w RWE o prawdziwym, zbrodniczym obliczu komunizmu w Polsce. Stąd też w połowie lat pięćdziesiątych nad jej eliminowaniem pracowało blisko 250 zagłuszarek, „[…]co pochłaniało więcej mocy niż nadawanie. Dochodziło do tego, że z powodu zagłuszarek w niektórych regionach występowały zagłuszenia w odbiorze audycji Polskiego Radia wywołanie pracą nadajników zagłuszających[…]” *.

Służby specjalne dążyły do likwidacji radia. Stąd też niemal po jej powstaniu zajęto się inwigilacją RWE. Zajmowały się tym zarówno cywilne, jak i wojskowe służby bezpieczeństwa. W połowie lat pięćdziesiątych jej rozpracowanie angażowało blisko czterystu „bezpieczniaków”. A ich praca miała najwyższy priorytet nadzorowany przez takich funkcjonariuszy bezpieki jak Jakub Berman, który „o postępach swych działań” informował Bieruta i Kreml. Walka z rozgłośnią przycichła na kilka miesięcy po dojściu Gomułki do władzy. I on wkrótce za jeden z priorytetowych celów swej polityki uznał walkę z polskim radiem nadającym z Monachium. Działaniem przeciwko radiu

Red_rwe_slucha_pierwszej_audycji

Zespól redakcyjny RWE słucha pierwszej audycji 3 maja 1952 roku.

zajmowało się kilka departamentów w MSW. Do pracy zatrudniono również usłużnych naukowców i dziennikarzy, których zadaniem było przekonywanie Polaków, jak kłamliwe są audycje radia. A, co ciągle podkreślała propaganda komunistyczna, RWE miało działać „w interesie niemieckich rewanżystów”.

Wpływać na ludzkie słabości

Podobnie jak za Bieruta, tak i za Gomułki, czy później kolejnego I sekretarza KC PZPR - Gierka, służby specjalne za wszelką cenę chciały doprowadzić do pozyskania redaktorów z RWE. Bądź osadzić w rozgłośni swoich ludzi. Jednak, jak zapewnia profesor Paweł Machcewicz, autor książki o inwigilacji rozgłośni, peerelowska bezpieka do 1963 roku nie miała w radiu swoich agentów. Dopiero w trzynaście lat od powstania radia komunistom udało się zwerbować spikera radiowego Jerzego Bożekowskiego. „Na pierwszym spotkaniu Bożekowski (patrz - Polonik Monachijski - PW.) zobowiązał się przekazywać oryginały dokumentów RWE, jak również informacje na temat współpracy z paryską Kulturą” (patrz Andrzej_krzeczunowicz również pod adres). Jednak jedną z najważniejszych informacji, jakie chcieli uzyskać i uzyskiwali funkcjonariusze peerelowskiej bezpieki, była charakterystyka pracowników RWE. Na jej podstawie bowiem można było rozgrywać wewnętrzne animozje pomiędzy pracownikami. Bądź wpływać na ich słabości. Klasycznym tego przykładem była sprawa wybitnego komentatora RWE Wiktora Trościanki, przed - i powojennego działacza Stronnictwa Narodowego. A także zdecydowanego przeciwnika modelu rozgłośni kierowanej wówczas przez Jana Nowaka – Jeziorańskiego. „Z dokumentów przekazanych IPN wynika, że w latach 1965 -1971 Trościanko kilkakrotnie spotykał się z oficerami Wojskowej Służby Informacyjnej [kontrwywiad wojskowy]. Od 1969 r. w spotkaniach uczestniczył wysoki funkcjonariusz Departamentu I MSW, który występował jednak jako oficer służb wojskowych, ponieważ Trościanko kategorycznie odmawiał współpracy z wywiadem cywilnym, uważając go za ściśle uzależniony od PZPR, nie służący narodowym interesom. Kontakt ten[…]miał mieć w rozumieniu redaktora RWE charakter czysto polityczny, w żadnym razie agenturalny. Trościanko prowadził te rozmowy za wiedzą i za zgodą przywódców emigracyjnego SN, Tadeusza Bieleckiego i Antoniego Drygasa”. Dla obu, jak wyjaśnia profesor Machcewicz: „W nowej sytuacji międzynarodowej coraz większym niebezpieczeństwem miała być rosnąca w siłę i usamodzielniająca się RFN. Poglądy takie, wpisujące się w tradycyjnie prorosyjską i antyniemiecką orientację narodowej demokracji, różniły SN od większości środowisk politycznych na uchodźstwie”. Trościanko jednak, choć wielokrotnie namawiany przez bezpiekę, nigdy nie podpisał z nią współpracy.

Mimo szczególnej ostrożności, jaką stosowało kierownictwo RWE, do jej redakcji udało się przeniknąć również agentom pracującym na potrzeby peerelowskiego bezpieczeństwa. Jednym z najbardziej znanych, bo rozgrywanych propagandowo, był działający w rozgłośni przez sześć lat Andrzej Czechowicz. Przedstawiany przez bezpiekę jako kapitan MSW, w istocie do wywiadu został zwerbowany dopiero po podjęciu pracy w rozgłośni. Choć Czechowicz nie miał wpływu na podejmowane przez kierownictwo RWE decyzje, co podkreślał Machcewicz, to jednak w ciągu kilku lat działalności przekazał do MSW około pięciu tysięcy raportów. Najbardziej cennymi informacjami dla polskiej bezpieki, jakie dostarczał Czechowicz, były charakterystyki pracowników RWE. Na ich podstawie, między innymi „rozpracowywano” wspomnianego Wiktora Trościankę.

Od „sterowania” do „tendencyjnego informowania”

W latach siedemdziesiątych, kiedy sekretarzem KC PZPR został Edward Gierek, komunistyczny „liberał”, zaczęto dążyć do radykalnych posunięć wobec RWE: jego likwidacji. Sprzyjała temu ostra kampania skierowana przeciwko radiu przez amerykańskiego senatora, demokratę i lewaka J.W. Fulbrighta. W swoich wystąpieniach podkreślał, że RWE jest utrzymywana z niejawnych funduszy CIA. Inni amerykańscy krytycy radia akcentowali z kolei, iż jest ono „reliktem zimnej wojny”. Dyskusja za oceanem wpisywała się również w nową politykę RFN wobec krajów bloku sowieckiego. Pod koniec lat sześćdziesiątych [1969] do Foto-80 władzy doszła niemiecka lewica [SPD], która zamierzała na nowo układać stosunki z Sowietami i okupowanymi przez nie krajami. Na przeszkodzie stała jednak obecność RWE na terenie Niemiec. Mimo trwającej przez trzy lata niezwykle ostrej „wojny” dyplomatyczno – propagandowej, kres walce o radio położyło dopiero zaakceptowanie, w 1973, nowego planu finansowania rozgłośni przez USA, bez współudziału CIA. W kilka lat później, jak zauważył profesor Machcewicz, według polskich komunistów RWE już nie „inspirowała”, nie „sterowała” działaniami wrogów socjalizmu, lecz tylko – „tendencyjnie informowała” o ich działaniach. I w ten sposób, rozgłośnia przetrwała do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, z jej Sekcją Polską mieszczącą się od 1990 roku w Polsce.

Sowiecka decyzja o zagłuszaniu

Przez blisko pół wieku Rozgłośni Polskiej RWE słuchali nie tylko Polacy szukający prawdy o tym, co dzieje się w kraju i świecie, ale też i władze komunistyczne w całym „obozie socjalistycznym”. Choć drudzy z zupełnie odmiennych powodów. Przez pierwszych kilka miesięcy Rozgłośnia była dobrze słyszalna w całym kraju. Dopiero w 1951 sowiecka Rada Ministrów podjęła decyzję o zagłuszaniu audycji nadawanych w języku polskim. Pierwsze też zagłuszanie prowadzono z sowieckiego terytorium.

Choć w tym roku minęło 55 lat od powstania Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa – Głos Wolnej Polski, bo tak pierwotnie brzmiała pełna jej nazwa, to tak naprawdę powstała ona dwa lata wcześniej. I nie w Monachium, jak podaje wiele źródeł, ale w Nowym Jorku. A jej pierwsze audycje nie były emitowane z Niemiec, lecz z Portugalii, o czym mówią pierwsi redaktorzy RWE. Można o tym również przeczytać w dokumentach zamieszczonych przez profesora Pawła Machcewicza w rękopisie jego książki o RWE, która ukaże się wkrótce. Powszechnie przyjęto jednak uznawać za początek Radia rok objęcia kierownictwa Sekcji Polskiej RWE przez Jana Nowaka – Jeziorańskiego. Według niektórych źródeł Jeziorański był po prostu zazdrosny o swoich poprzedników i nieznacznie „korygował historię” Radia. Zdaniem innych - datowanie powstania Radia na rok 1955 jest o tyle uprawnione, że od tego czasu zasięg rozgłośni był zdecydowanie większy. Program nadawano bowiem codziennie i za pomocą silnych radiostacji.

Początki Sekcji Polskiej

Pierwszym, nowojorskim, dyrektorem Sekcji Polskiej RWE był Lesław Bodeński przedwojenny kierownik referatu prasy w MSZ. Zespół składał się z sześciu osób, a program nadawany był z dwudniowym opóźnieniem. Pierwsza półgodzinna audycja została wyemitowana 4 sierpnia 1950 roku i była ledwie zauważalna wśród obecności wielu innych polskojęzycznych audycji nadawanych z Zachodu. Na przykład BBC, Głosu Ameryki, czy radia Jan_nowak_jezioranski-ROAD-Wroclaw Watykan. Przełomem w dziejach rozgłośni stało się mianowanie, w rok później, jej dyrektorem Stanisława Strzetelskiego, przed wojną dziennikarza „Wieczoru Warszawskiego”. Dyrektorem Sekcji Polskiej RWE Strzetelski był do 1955 roku, przez trzy lata równolegle z Jeziorańskim. Do tego roku bowiem były dwa kierownictwa polskiej sekcji RWE: Jeziorańskiego w Monachium i Strzetelskiego w Nowym Jorku.

Szef nowojorskiej siedziby RWE, Strzetelski, kilkakrotnie powiększył zespół, między innymi o dziennikarzy przedwojennej Polskiej Agencji Telegraficznej. Z RWE podjęli w owym czasie współpracę wybitni ludzie pióra, na przykład Jan Lechoń i Kazimierz Wierzyński. W pierwszym zespole radia pracował również Marek Rudzki, tłumacz i redaktor. – Podstawowym programem były wówczas komentarze polityczne – opowiada po latach. – Pisane na podstawie zachodniej prasy przez kilku komentatorów. Zajmowano się głównie polityką międzynarodową. Ważną pozycją w programie były sprawy polonijne. Następnie programy kulturalne. Wśród nich „Dyskusja Literacka”, którą prowadził Lechoń. Brali w niej udział polscy literaci mieszkający na Zachodzie. Staraliśmy się też pokazywać równego rodzaju nowinki z USA. Zarówno ze świata nauki, kultury, ale również techniki. Niezwykle ważne miejsce w audycjach zajmowała muzyka.

Programem muzycznym zajmował się hrabia Jan Tyszkiewicz, więzień Dachau, absolwent londyńskiego konserwatorium, kompozytor, autor wielu książek. – Rozpocząłem pracę w RWE jeszcze w Lizbonie – wspomina Jan Tyszkiewicz. – Po jakimś czasie przyjechał do mnie Jeziorański, który montował nowy zespół. Przejechałem cały świat wzdłuż i wszerz rozmawiając z setkami największych artystów XX wieku, głównie aktorów i piosenkarzy. Nawiązałem kontakty ze wszystkimi najbardziej liczącymi się wytwórniami płytowymi. Jeździłem i robiłem wywiady z gwiazdami. Wymyśliłem, że im większa gwiazda, tym więcej powinna powiedzieć po polsku. Kilka słów, a czasem nawet kilka zdań. Niestety, moim dużym bólem było to, że nie mogłem robić wywiadów z polskimi gwiazdami, które występowały na Zachodzie. Bo dla nich mogłoby to się skończyć więzieniem. No, w najlepszym razie otrzymałyby zakaz wyjazdu na Zachód. Ale miałem bardzo dyskretny kontakt z PAGARTEM [Polska Agencja Artystyczna] i przez swoją kuzynkę dostawałem od nich płyty.

Momenty przełomowe

Jednym z największych wydarzeń w dziejach Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa były audycje Zbigniewa Bażyńskiego : „Mówi Józef Światło”. - Kiedy Światło uciekł, był przesłuchiwany w USA – opowiada Marek Rudzki – Kiedyś szedłem korytarzem radia i byłem świadkiem takiej oto sceny. Dwaj oficerowie ochrony prowadzą Światłę. Na korytarzu pojawia się jeden z polityków Stronnictwa Pracy, Bolesław Biega, który uciekł z Polski. Kiedyś był przesłuchiwany w Polsce przez Różańskiego i Światłę. Nagle Biega zatrzymuje się i pyta idącego korytarzem oprawcę: „Panie Światło, a gdzie mój zegarek, który mi pan wtedy ukradł?”

Drugim ważnym momentem w dziejach Radia był rok 1956. Wówczas to dyrektor Jan Nowak, [prawdziwe nazwisko Zdzisław Jeziorański] zdecydował, aby wobec tragedii w Polsce nie eskalować nastrojów. Uważał, że radykalizacja komentarzy może doprowadzić do jeszczeAudycja_1967 większych napięć w Polsce. Jak wspominają jego współpracownicy, popadł wtedy w ostry konflikt z amerykańskim kierownictwem RWE, które uważało, że Radio powinno być o wiele bardziej aktywne we wspieraniu rewolucjonistów w Poznaniu. Dopiero powstanie na Węgrzech i radykalne wsparcie, jakiego udzielała rozgłośnia węgierska RWE, sprawiły, że Amerykanie przyznali J. Nowakowi – Jeziorańskiemu rację. – Zresztą - jak podkreśla redaktor RWE Chris M. Klimiuk – stało się pewną prawidłowością, że kiedy nastroje w Polsce radykalizowały się, rozgłośnia je tonowała. Natomiast, kiedy łagodniały, myśmy się radykalizowali.

Wypełnione zadanie

Radio Wolna Europa przeżywało wielkie uniesienia wraz z ważnymi wydarzeniami związanymi z Polską : strajki 1970 i 1976, wybór Polaka na Papieża, powstanie „Solidarności”, wprowadzenie stanu wojennego. Przez te wszystkie lata Radio nie uniknęło też ani wewnętrznych konfliktów, ani przeniknięcia do zespołu redakcyjnego agentów PRL, ze słynnym już Andrzejem Czechowiczem na czele. Radio było też dwukrotnie zagrożone rozwiązaniem. Stałym jego przeciwnikiem był wspomniany już amerykański demokrata, senator, James W. Fulbright, który na początku lat siedemdziesiątych prowadził bardzo intensywną kampanię dążącą do likwidacji RWE.

Psychologicznie najtrudniejszy jednak czas, jak podkreślają jego pracownicy, przeżywano w latach pięćdziesiątych i na początku stanu wojennego. - Przez pierwsze kilka dni stanu wojennego byliśmy bardzo przygnębieni. Część zespołu uważała, że Polska już się z tego nie podźwignie – mówi Chris M. Klimiuk. - Dostawaliśmy przez pierwsze godziny wiele sprzecznych informacji. W zespole była nerwowa dyskusja. Dochodziło do kłótni. Jedni uważali, jak w 1956 roku, że trzeba ostro reagować. Inni, że należy łagodzić nastroje. 300px-CIA_New_HQ_Entrance Dostawaliśmy zresztą ledwie strzępy wiadomości z różnych źródeł. I na ich podstawie trzeba było budować rzetelną informację. Było to niezwykle trudne, ale fascynujące. Prawdziwą i wielką przysługę oddawali nam korespondenci zachodni akredytowani w Polsce. Przekazywali nam maksimum dobrych informacji, bo mieli do nich znakomity dostęp. Zawsze stosowaliśmy zasadę wielu źródeł niezależnych. Szybko uruchomiliśmy audycję „Pomoc dla kraju” i wraz z coraz większym napływem informacji z Polski nastroje się uspokajały. Po jakimś czasie sytuacja się unormowała

Przez kilkadziesiąt lat wymieniały się pokolenia dziennikarzy. Największy wpływ na polską rozgłośnię wywarł, pełniący przez ćwierć wieku funkcję dyrektora, Jan Nowak - Jeziorański. Pod jego kierownictwem Radio stało się nie tylko prężną rozgłośnią, ale także ośrodkiem opiniotwórczym i prawdziwym ambasadorem wolnej Polski na Zachodzie. - To on zbudował wielką „legendę niepodległościową” – mówią redaktorzy RWE - i przekonanie w Rozgłośni, że Polska będzie wolna i że jest to tylko kwestia czasu.

Mimo wielkiego wpływu Jeziorańskiego, rozgłośnia podlegała naturalnej ewolucji. Odchodzili redaktorzy „wojennej emigracji”, a przychodzili emigranci 1968 roku, a później „stanu wojennego”. Jedne audycje znikały, inne się pojawiły. Najdłużej funkcjonujące i najbardziej popularne były audycje informacyjne o tematyce politycznej. Wyróżniał się też znakomity program „Współczesna historia Polski” oraz audycje kulturalne. A wśród nich „Na czerwonym indeksie”, podczas której czytano i omawiano literaturę zakazaną w PRL. Niezwykle cenną pozycję stanowił też program rolniczy „Droga przez wieś”, a także znakomite audycje religijne prowadzone przez kapelana RWE księdza Tadeusza Kirschke.

Po zamknięciu Sekcji Polskiej RWE w Monachium, redakcja przeniosła się do Warszawy. Jak podkreślają jego pracownicy, było to już inne radio. Bo, jak mówi jeden z jej najwcześniejszych redaktorów, Marek Rudzki - Radio wówczas już wypełniło swoje zadanie: udział w doprowadzeniu do odzyskania niepodległości przez Polskę.

*Cytaty pochodzą z książki : „Aparat Bezpieczeństwa wobec emigracji politycznej i Polonii”, seria "Monografie" t. 19, IPN, 2005.

[NIEDZIELA, 2007 rok]

Przeczytaj też:

Pierwsza audycja Rozgłośni Polskiej "Radia Wolna Europa" , Bartłomiej Kozłowski, 2004.

Propaganda PRL-owska walczyła z Radiem Wolna Europa przy pomocy dyspozycyjnych karykaturzystów, których dzieła wydawały się żałosne chyba nie tylko wiernym słuchaczom RWE.


Kar-6 

... i jeszcze jeden kwiatek z bukietu reżymowych dowcipiarzy:

Kar-7

Download koniec_audycji.mp3 - a tak kończyła się audycja RWE. Ściągnijcie i posłuchajcie. Setki tysięcy ludzi czekalo z niecierpliwością na te dźwięki.

sobota, 2 sierpnia 2008

Sprawa ojca Hejmo w dokumentach

Read this document on Scribd: hejmo280605

Bardzo mało się rozmawia o sprawach rozliczeniowych na podstawie przeczytanych (powtarzam: przeczytanych) dokumentów i książek. Możliwe, że owe, dostępne przecież, dokumenty są mało rozpowszechnione, gdyż nie ma kto ich rozpowszechniać. Postanowiłem ułatwić rozkoszny zabieg czytania, zamieszczając w poście link do dokumentu o sprawie ojca Konrada Hejmo. Proszę czytać on-line bądź ściągnąć dokument w formacie PDF. Powodzenia.

piątek, 25 lipca 2008

Perversa Consuetudo (Chory, choroba w średniowiecznym prawie świeckim).


Rozważania tyczące późnośredniowiecznej medycyny "uczonej',' uniwersyteckiej,w której fenomen choroby, jak też wizerunek czło­wieka przez nią trapionego "konstruowany" był przez zespół reguł obowiązujących w kręgach ludzi wykształconych, jedynie częściowo zapoznają nas z funkcjonowaniem w świadomości społecznej i wyobrażeń związanych z medycyną.

Dla poznania stanu świadomości zbiorowej niemałe znaczenie posiadają badania prawno-historyczne, gdyż prawo jawi się dziedzi­ną dogłębnie penetrującą (a również, w nieostatecznym przecież sensie, petryfikującą) stosunki społeczne. Spojrzenie na stan obo­wiązujących norm oraz na praktykę ich stosowania wydaje się po­żyteczne dla badania interesującej nas problematyki.

Prawo, obowiązujące na terenie Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego, zarówno ziemskie jak i miejskie, odróżniało ludzi zdrowych od chorych i słabych na ciele i umyśle. Zaprzysiężo­na niemoc była usprawiedliwieniem niedopełnienia obowiązków pra­wa przez osoby prywatne oraz zajmujące stanowiska państwowe.
Przykładem tego może być często stosowana instytucja odło­żenia terminu roków sądowych (dilatio) wobec usprawiedliwionego niestawienia się strony w sądzie. Uzasadnione przypadkiBlack_Death_biblia_1411 niesta­wiennictwa miały miejsce, gdy przyczyną tegoż była burza morska, powódź, pogrzeb w domu, napad zbójecki, uwięzienie oraz zaraza i choroba, czyli najbardziej nas interesujące dilatio ob infirmitatem.

W stosowaniu tego środka procesowego istotne było rozróżnienie rodzaju choroby, a ściślej stopnie jej dolegliwości. Z materiału ustawodawczego i z praktyki  sądowej wynika rozróżnienie tzw. niemocy prostej (infirmitas simplex) oraz niemocy łożnej (infirmitas vera - choroba obłożna). Termin "niemoc prosta" oznacza choroby lżejsze, nie wymagające przebywania w łóżku, natomiast podczas choroby obłożnej strona "in lecto aegritudinis decumbit". Niemoc, z powodu której odkładano termin rozprawy musiała zostać w odpowiedni sposób poświadczona. W przypadku choroby lekkiej wystarczyło zawiadomienie sądu przez posłańca, obłożnej strona dowodziła, początkowo (w okresie funkcjono­wania Księgi Prawa Zwyczajowego) za pomocą dwóch świadków, później - do 1423 r, świadkiem bywał ksiądz.

W literaturze historyczno-prawnej kwestię ową porusza się przy okazji omawiania szczególnych rodzajów dowodów ze świadków. Tak więc do probatio per capellanum wystarczał jeden duchow­ny, wzywany zazwyczaj przez stronę niebezpiecznie chorą, która spowiadała się przed nim, przeważnie na kilka dni przed rozpra­wą. Na najbliższym roku ksiądz składał zaprzysiężone zeznanie, czym dawał świadectwo obłożnej choroby nieobecnego, a tym samym usprawiedliwiał tę nieobecność.Ten rodzaj dowodu,jako niedogod­ny, wychodził z użycia podczas I-ej połowy XV w.

Poczynając od statutu warckiego (1423 r,), który przyniósł pierwsze obszerniej­sze uregulowanie dilatio ob infirmitatem, wprowadzono przysięgę własną usprawiedliwiającej się strony, składaną na najbliższym roku. W 1465 r. statut nowokorczyński wzmocnił ową czynność przy­sięgą dwóch świadków.

Na tzw. rokach wielkich pierwszy termin mógł być odłożony przez infirmitas simplex,drugi natomiast już z powodu choroby obłożnej, trzeci usprawiedliwiano przysięgą, stwierdzającą, że strona w dalszym ciągu złożona była ciężką niemocą. Jeśli strona nie chciała przegrać sprawy w czwartym terminie, musiała wysłać swego zastępcę procesowego.

Na częściej odbywających się rokach zwyczajnych pierwsze dwie nieobecności mogły wynikać z choroby lżejszej. Należy dodać,że statut warcki wyraźnie fa­woryzował pozwanego. Powodowi bowiem zezwalał na odłożenie zaledwie jednego terminu na sądach wiecowych z powodu obłożnej cho­roby, a w sądach ziemskich - z powodu infirmitas simplex.

Opisywany środek procesowy jest chyba najlepiej udokumen­towany w dostępnych nam źródłach. Kłopoty zdrowotne by­ły najczęstszym usprawiedliwieniem niestawienia się w sądzie.

Poczynając od 1423 r., przez cały wiek XV i częściowo w wieku XVI mamy do czynienia ze zjawiskiem ograniczania odro­czeń w ogóle, a w ramach tego do ściślejszego unormowania Black-death-1 dilatio ob infirmitatem. Ustawodawca werbalizuje motywy swego postę­powania, mówiąc o "perversa consuetudo in transpositione terminorum", któremu to obyczajowi poddani aż zanadto hołdowali mno­żąc fałszywe przysięgi,polegające na przytaczaniu "wymyślonych niemocy" ("infirmitates fictivae".

Mimo tendencji ogranicza­jącej stosowanie odroczeń, chorobę jako ich powód nadal ustawo­wo uwzględniano. I tak np. w 1465 r., po szerszym sformułowaniu ograniczeń dylacyj, czytamy w zakończeniu: "nisi vera infirmitate allegata".

Chorobę uważano za powód na tyle poważny,że w niektórych dzielnicach (np. według zwyczajów ziemi krakowskiej, poświadczo­nych w 1505 r.) uznawano ją za przyczynę dylacji, nawet wówczas, gdy strony zobowiązały się tego środka nie używać. Niemniej proces, ograniczający nadużywanie tej instytucji trwał, a jego efektem było postanowienie, zgodnie z którym, jedynie pozwany w sprawach o niewymierzenie sprawiedliwości w sprawach diffamationis "poterit sibi diferre primum terminum simplici infirmitate"..

Plague_victims_blessed_by_priest_london1360_1375

wtorek, 10 czerwca 2008

Z sympatią, przed stu laty

 Tak pisał przyszły teść do przyszłego zięcia czyli Henryk Chrząstowski, ojciec Zofii do Aleksandra Wójcickiego, przyszłego jej męża, a mojego dziadka.

 

pismo3

 

Zwróćcie uwagę na nieużywany dziś skrót, a dość często wówczas spotykany "st. Dr. Żel." czyli stacja Drogi Żelaznej, w tym wypadku Kunów w guberni Radomskiej. W dolnym, lewym rogu możemy przeczytać, że liścik był pisany w 1905 r., a więc realia byłu polskie i po części rosyjskie. Niestety nie wiem o jaką uroczystość mogło chodzić, a więc jakiego wydarzenia dotyczyło zaproszenie, ale w każdym razie zwraca uwagę nader serdeczny ton, połączony z "uściśnieniami". No i ta kaligrafia, ona mnie powala, bowiem nie potrafię odczytać tekstu, zwłaszcza, kiedy piszący ściboli go niemiłosiernie, gdyż brak mu już miejsca na odkrytce ("odkrytoje pismo").

Kartka była wysłana z Kuflewa (to wszystko dzieje się na pięknej, żyznej Lubelszczyźnie), ale na wizerunku oglądamy Zamek w Lublinie:

kartki

 

Natomiast główna zainteresowana pisała już po ślubie do swojej szwagierki (siostry męża) Wandy Wójcickiej, ciesząc się, że wbrew zwyczajowi tym razem nie spóźnia się z życzeniami dla Wandzi. Pisała z Puław (1911 r.) do Płus pod Tarnogrodem czyli do majątku Kazimierza Wójcickiego (brata męża). Sam Aleksander Wójcicki był "diriektorom zawoda" czyli cukrowni oraz członkiem zarządu kompanii cukrowniczej.

Puławy (gub. lubelska) owych lat prezentowały się jak na pocztówce, wysłanej przez Zofię Wójcicką, a na której widzimy róg ulicy Szpitalnej i Lubelskiej, a na owym rogu sklepy: "Stella", "Klemensów", Rappoport & Sercarz, Księgarnię "J. Grinfeld" oraz Skład Apteczny F. Cyfrackiego.

 

kartki2